|
|
Sylwester w Nowym Jorku
Równo rok temu dostałem maila od naszego redaktora naczelnego, mówiącego, że z racji zbliżających się świąt dobrze by było, gdyby na naszym zacnym serwisie pojawiło się trochę tekstów dotyczących filmów o tematyce okołomikołajowej i również powinienem się do tego przyłożyć, bo inaczej... No dobra, "bo inaczej" nie było, ale w końcu kultywowanie Świątecznej Atmosfery jest celem samym w sobie, więc obyło się bez próśb i gróźb. Byłem akurat po seansie "Love actually" i po roku nadal przyznaję, że film zrobił na mnie duże wrażenie i w moim mniemaniu nadal pozostaje idealną komedią romantyczną, wzorem, któremu większość konkurentów z tej samej kategorii nie sięga do pięt (jeżeli ktoś jest wyjątkowo zainteresowany z racji tego niesamowicie złożonego, będącego oczywistym zabiegiem stylistycznym, zdania niech sobie wyszpera ową recenzje). W tym roku sytuacja się powtórzyła - znowu mail, znowu Świąteczna Atmosfera i znowu akurat jestem po seansie świątecznego filmu, na dodatek pod pewnymi względami bardzo podobnego do wyżej wymienionego dzieła. Panie i panowie, oto Sylwester w Nowym Jorku! Ale jaki Sylwester? Jaki Nowy Jork? Toć przecież teraz tylko bombki, karpie, choinki, wigilie, a nie żadne fajerwerki, przebrania, odliczania i nowe roki! Święta ci się pomyliły, człowieku! Recenzja do kasacji! W obawie o taki właśnie odbiór chciałbym wyjaśnić coś na początek - "technicznie rzecz biorąc" tak, "Sylwester w Nowym Jorku" z filmem świątecznym nie ma nic wspólnego. Jednak w gruncie rzeczy mamy Nowy Jork zimą, śnieg, dekoracje, światełka, świętowanie i, co najważniejsze, bohaterów, którzy przez ten wyjątkowy dzień chcą stać się lepszymi osobami, naprawić swoje życiowe błędy, odnaleźć nowe życie etc. To wypisz wymaluj film świąteczny, a różnica raptem tygodnia między danymi świętami nie powinna nam zaprzątać głowy. Ale wracając do meritum - "Sylwester w Nowym Jorku", jak już wspomniałem, czerpie garściami z "Love actually" właściwie pod każdym względem. Mamy więc kilku różnych bohaterów, kilka różnych wątków, które (choć prowadzone zupełnie odrębnie) przeplatają się momentami. Mamy opowieść o matce i jej trudnej więzi z córką, mamy szefa firmy, który szuka miłości, znanego piosenkarza, chcącego odzyskać swoją byłą narzeczoną, starego mężczyznę umierającego w szpitalu na raka etc. Wszystko oczywiście krąży wokół witania nowego roku. Wątki są raczej proste i nie wymagają zbyt dużo od widza, lecz z drugiej strony nie obrażają jego inteligencji i zwyczajnie dają się lubić. Jest jednak jeden wątek, który znacząco wybija się spośród
innych. Grana przez Michelle Pfeiffer kobieta o imieniu Ingrid chce zmienić
swoje życie i w ciągu jednego dnia spełnić wszystkie swoje postanowienia z
poprzedniego roku. Pomaga jej w tym kurier Paul (Zac Efron), który po wykonaniu
zadania ma dostać od niej dwie wejściówki na najlepszą, najbardziej luksusową
noworoczną imprezę w Nowym Jorku. Jasne, wątek też jest raczej prosty i
nietrudny do odgadnięcia, ale na tyle emocjonalny i fantastycznie zagrany, że
odczuwa się różnicę względem reszty filmu. Pfeiffer naprawdę jest znakomita, gra
właściwie całą sobą, widać, że jest aktorką z ogromnym doświadczeniem. Po raz
pierwszy w życiu (nie myślałem, że do tego kiedykolwiek dojdzie) muszę pochwalić
Zaca Efrona. Spadek popularności naprawdę dobrze mu zrobił, nie jest świetny,
ale jego postać jest zagrana naprawdę solidnie i z humorem. Mam szczerą
nadzieję, że dalej pójdzie w tę stronę - na artystę wielkiego formatu raczej
zadatków nie ma, ale na dość dobrego, rzetelnego aktora, czemu nie? Więc czy sylwestrowa wersja "Love actually" dorównuje swojemu protoplaście? Mówiąc brutalnie - nie. Przede wszystkim zabrakło w filmie swego rodzaju magii, lekkiego żartu, który tak świetnie potrafili stworzyć w "Love actually" Bill Nighy czy Rowan Atkinson. Za tego pierwszego, teoretycznie, ma tu robić Bon Jovi i wszystko jest w porządku, kiedy śpiewa, albo przechadza się z gitarą. Kłopoty zaczynają się kiedy uruchamia swój narząd artykulacji. Jest bardzo przeciętny, gra przeciętnie, zachowuje się przeciętnie, przeciętność bije z jego mimiki, gestów i tekstu. Jest bardzo łatwy do zapomnienia, podobnie jak kilka innych postaci z filmu (np. samotny biznesmen grany przez Josha Duhamela). Zabrakło jakiegoś spoiwa łączącego te wszystkie wątki w jedno. Z "Sylwestra" pamięta się przede wszystkim momenty, nie cały film. Drugą sprawą jest swego rodzaju toporność tego filmu. Reżyserowi raczej obce są subtelności, zwłaszcza kiedy chce zmienić klimat panujący na ekranie. Mamy jakąś śmieszną scenę z którymś z pobocznych bohaterów? Zaraz po cięciu pokażmy Roberta De Niro leżącego na szpitalny łóżku i harczącego na temat śmierci! Kilku bohaterów spotkało coś szczęśliwego? Dajmy zbliżenie na smutne, zapłakane oczy Halle Berry. Rozumiem, że miało to służyć różnorodności, może nawet pokazaniu całego spektrum ludzkich emocji, ale jest zwyczajnie irytujące i dezorientujące. Podczas zabawnej sceny człowiek już nie wie, czy powinien się śmiać, bo jeszcze zaraz na ekran wskoczy zapłakany De Niro w agonii, nam nie zdąży zniknąć uśmiech z twarzy i pół kina weźmie nas za zwyrodnialca. Duże ryzyko. Inną sprawą są właśnie owe "śmieszne sceny". Główne wątki są prowadzone raczej na poważnie i wśród bohaterów nie ma materiału na komedię (wyjątkiem jest duet Pfeiffer-Efron). Ale jako że twórcy uznali, że kręcą komedię (może i romantyczną, ale bądź co bądź jednak komedię!) to musi trochę żartów być. Dlatego wrzucono do filmu mnóstwo wręcz karykaturalnych bohaterów drugoplanowych. Mamy więc ojca pastora, który jest zboczonym erotomanem i mówi tylko o seksie, grubego dzieciaka, który z entuzjazmem reaguje na jedzenie, przyjaciółkę jednej z bohaterek, która jest tak głupia jak to tylko możliwe, indyjskiego obcokrajowca będącego zbiorem wszystkich stereotypów świata etc. Nie dość, że w ogóle nie są zabawni, to przy głównych bohaterach, granych na poważnie, wypadają jeszcze gorzej. Są jak z dwóch różnych filmów o zupełnie innej tematyce. Kontrast jest zwyczajnie zbyt duży i wręcz irytuje. Gdyby jeszcze chociaż były zabawne... No dobrze, ponarzekałem sobie, że gorsza wersja "Love actually", że błędy, że toporność itp. Ale skąd w takim razie taka wysoka ocena? Ten film jest zwyczajnie uroczy. Ma coś w sobie. Do głównych bohaterów naprawdę można się przywiązać i im kibicować. W pewnym momencie błędy, które na początku irytują, gdzieś tam odchodzą i można dać się wciągnąć. Nie wiem, może to kwestia mojego nastawienia przed seansem ("Chcę świąteczny film! Dawać!"), ale zwyczajnie dobrze się bawiłem. Kibicowałem głównym bohaterom i z kina wyszedłem z uśmiechem na twarzy. Jasne, była tam spora dawka kiczu i komedioromantyczności znanej każdemu, kto choć raz zetknął się z tym gatunkiem, ale nie bolała. Nie jest to film, do którego chce się wracać, ale spełnia swoje zadanie - Dobrze, świątecznie nastraja. Jeżeli zawiesimy na dwie godziny swój krytycyzm i będziemy podchodzić pozytywnie do filmu, powinien się spodobać. Mnie się spodobał, mimo że momentami był raczej kobiecy. Jednym słowem: można obejrzeć, ale raczej w okresie przedświątecznym. Wesołych świąt! I szczęśliwego nowego roku! Ocena: 7/10
Autor recenzji:
Robert 'Solar' Szymczak
|
|
|||||