|
|
2001: Odyseja kosmiczna
Podjęcie najbardziej ekstremalnych filozoficznych pytań w
formie filmu to zadanie bardzo trudne, nawet dla najznakomitszych twórców kina.
Jednak prób zrealizowania tego typu przedsięwzięcia nie brakuje. Niestety,
efekty bywają bardzo różne - od skrajnych zachwytów, po kompletne niezrozumienie
treści produkcji. Nawet, gdy film odznacza się sporym nowatorstwem,
inteligentnym i ambitnym podjęciem danej kwestii, to szybko ginie w tłumie
komercyjnych, bardzo często naiwnych kinowych przebojów, tracąc tym samym szansę
na zaistnienie w kinematograficznym kotle. Na ten problem warto też spojrzeć z
drugiej strony, ponieważ coraz częściej ambitne, równa się niezrozumiałe dla
nikogo. Prześciganie się w tworzeniu czegoś, z czym nawet najbardziej uznani
krytycy filmowi nie mieli do czynienia, przybiera wręcz żałosny przerost formy
nad treścią i mocno skrzywiony artystyczny wyraz. Sytuacja bardzo trudna i
ciężko przewidywać, żeby ten stan rzeczy uległ zmianie, ponieważ zawsze będą
pojawiać się filmy spłycone do granic możliwości, jednak zapewniające spore
zarobki, a także będziemy mieć do czynienia z produkcjami, których chyba nie
rozumieją nawet sami ich twórcy. Przykładem filmu, który wywołuje właśnie tak
skrajne uczucia u widzów, jest dzieło jednego z najbardziej kontrowersyjnych
kinowych twórców, Stanleya Kubricka, pt. „Odyseja Kosmiczna”. Jak to z produkcjami
amerykańskiego reżysera bywa, dla jednych powstały w 1968 roku film to
arcygenialny twór, a dla innych totalny i niezrozumiały gniot, przy którym można
zasnąć po dwudziestu minutach oglądania. W sumie ten spory rozrzut w opiniach
wcale nie obniża wartości „Odyseji Kosmicznej”. Wręcz przeciwnie. Czasem, gdy
coś podoba się zbyt wielkiej grupie osób, to zaczyna pojawiać się uzasadniona
wątpliwość, iż mamy do czynienia z czymś, co jest nieszczere. A jeśli chodzi o
produkcję Kubricka, która jest istnym traktatem filozoficznym (tylko nie
zawartym w formie pisanej), to wtedy te pejoratywne domysły można od samego
początku daleko odrzucić. A czy nie warto zwrócić uwagę na coś, co zawiera w
sobie pierwiastki ideału artystycznego procesu tworzenia? Film powstał na podstawie opowiadań (w szczególności „The Sentinel”) Arthura C. Clarke'a, który do spółki z Kubrickiem jest twórcą scenariusza. Następnie reżyser nakręcił kinematograficzną wizję wyniku ich pracy, a trzy miesiące po premierze Clarke napisał powieść pod tym samym tytułem, którą później kontynuował w kolejnych tomach. Produkcja opowiada historię kosmicznej wyprawy, której celem jest zbadanie tajemniczego monolitu, odnalezionego podczas wykopalisk prowadzonych na księżycu. Obiekt emituje bardzo intensywną energię w strone Jowisza i właśnie ta planeta jest celem tytułowej odyseji. Całą fabułę można podzielić na trzy części, które są powiązane ze sobą pojawiającym się i ciągle tajemniczym monolitem. Już sam początek filmu, czyli wątek obrazujący prehistorycznych ludzi, którzy zetknęli się właśnie ze wspomnianym przedmiotem, wywołuję falę refleksji i najróżniejszych myśli na temat naszej cywilizacji. Jest to zapowiedź tego, z czym spotkamy się wraz z upływem czasu seansu, czyli bardzo odważnego, dla niektórych niedorzecznego pytania o kondycję człowieka.
Ale po kolei. To, co zachwyca w kategorii estetyki, to wykonanie, czego dowodem
jest Oscar za efekty specjalne. Manewry statków oraz wygląd kosmosu zapierają
dech w piersiach, a trzeba przecież pamiętać o dacie powstania „Odyseji
Kosmicznej”, która ma miejsce jeszcze przed pojawieniem się kultowej sagi
George'a Lucasa. Zważywszy na środki, którymi dysponowali twórcy, oprawa
zaskakuje naprawdę bardzo mocno i nie straciła nic ze swojej świetności, mimo
upływu sporego okresu czasu. Tak daleko posunięty skok w materii efektów
specjalnych nie miał nigdy miejsca w całej historii kina i bardzo wątpię, aby
kiedykolwiek w przyszłości doszło do podobnego zjawiska. Skalę i ogrom pracy,
jaką wykonali ludzie odpowiedzialni za „Odyseją Kosmiczną”, doskonale
przedstawia liczba 200 (!) trików wymyślonych spejcalnie na potrzeby tej
produkcji. Po raz kolejny mamy dowód, który mówi o maniaklnym dążeniu do
perfekcji Stanleya Kubricka. Do tego dochodzi także jeszcze jeden istotny fakt.
Film trwa 141 minut, w czym tylko 40 minut trwają dialogi, a reszta to obcowanie
widza z genialnie wykreowanym wszechświatem i zaawansowaną technologią, którą
poznajemy w filmie. Co ciekawe, to właśnie te momenty, gdy nie stykamy się z
głosami bohaterów, są najważniejsze i mówią najwięcej w perspektywie przesłania
całości. Dla przykładu można odwołać się do opiasanej wcześniej pierwszej części,
w której przenosimy się do prehistorii, a której nie towarzyszy ani jedno
wypowiedziane słowo (także ze względów czysto pragmatycznych), a na jej temat
moża pisać długie eseje, pełne najróżniejszych rodzajów interpretacji.
Filozoficzna i bardzo szeroka treść filmu jest zawarta właśnie w bardzo rozległych fragmentach, przy których zmysł słuchu nie okazuje się najważniejszy. I własnie to jest jeden z aspektów, który według mnie udowadnia genialność „Odyseji Kosmicznej”, a innych od tej produkcji całkowicie odpycha. Wspomniane sceny są bardzo długie, mało dynamiczne i monotonne, a na nich jest zbudowane prawie całe dzieło Kubricka. Trzeba pamiętać, że ten film to nowatorski, głęboki i prawdziwy traktat filozoficzny, dlatego wymaga od widza naprawdę sporego zaangażowania. Wydaje mi się, że ci, którzy zdecydują się na przełamanie niechęci, która może towarzyszyć przy pierwszym zetknięciu z tym filmem, nie będą tego żałować. Sam na początku miałem sceptyczne odczucia co do tej produkcji, jednak ta delikatna awersja bardzo szybko przerodziła się w zachywt nad zaskakującą oraz profetyczną wizją, którą udało się stworzyć Stanleyowi Kubrickowi.
Wysoki poziom estetyczny wpłynął na wykreowanie niesamowitego klimatu, który
towarzyszy widzowi przez cały czas trwania filmu. Dokładnie można odczuć ogrom
kosmosmu, jego potęgę i marność człowieka w starciu z czymś tak wielkim.
Izolacja i samotność, której doświadcza główny bohater, dr Frank Bowman (jasna
aluzja do epopeji Homera, Bowman znaczy łucznik, a główny bohater greckiego
dzieła był znany ze swoich wysokich umiejętności we władaniu łukiem), jest
podkreślana przez pomysłowe zabiegi jak odgłos bijącego serca i oddechu w
zestawieniu z niedającą się ogarnąć przestrzenią kosmiczną. Całość robi
piorunujące wrażenie, wręcz wprawia w hipnotyczny stan, o którym trudno
zapomnieć nawet na długo po zakończeniu. W rolę dr Bowmana wcielił się Keir
Dullea i ze swojego zadania wywiązał się naprawdę dobrze. Z drugiej strony, w
czasie oglądania „Odyseji Kosmicznej” takie kwestie jak gra aktorska schodzą
jakby na drugi plan i nie zwraca się na nie największej uwagi. Jednak i pod tym
względem stykamy się z bardzo przyzwoitym poziomem. Zresztą, gdybyśmy mieli do
czynienia z jakimś niedociągnięciem w tej lub innej materii, to znaczy, że nie
oglądamy filmu Stanleya Kubricka. Warto zatrzymać się przy poruszonym problemie sztucznej inteligencji, na który poświęcono dużo miejsca i który ma duży wpływ na całą fabułę. Superkomputer pokładowy HAL 900, w który zaopatrzony jest prom „Discovery”, uznawany za nieomylny i najwspanialszy cud techniki, zyskuje własną świadomość i zaczyna się buntować. Chyba każdy pamięta legendarną scenę, w której HAL śpiewa Bowmanowi piosenkę „Daisy”, w ten sposób rozpaczliwie próbująć udowodnić swoje „człowieczeństwo” i odwieść głównego bohatera od pomysłu całkowitego odłączenia komputera. Próbuje pokazać, że ma swoje uczucia, o czym najdobitniej świadczą coraz wolniej śpiewane słowa (ze względu na postęp procesu odłączania): „My mind is going” („Mój umysł odchodzi”). Cała scena wywiera przeogromne wrażanie i sprawia, że nie można o niej zapomnieć. Tym samym reżyser stawia przed nami szereg pytań dotyczących sztucznej inteligencji, poddając watpliwości ostateczną granicę, która pozwala określić człowieka. Od razu przychodzi na myśl tytuł singla White Zombie „More human than human”, do którego można tylko dostawić znak zapytania i w połączeniu z wrażeniami jakie wywołuje „Odyseja Kosmiczna”, będziemy mieć bogaty asumpt do snucia długich refleksji na temat ekstremalnego tematu dotyczącego granic człowieczeństwa. A to jeszcze nie wszystko. Jeśli chodzi o główne przesłanie filmu, to na jego temat istnieje niezliczona ilość interpretacji, więc każdy, kto zobaczy ten film, a wcześniej nie zrezygnuje ze względu na bardzo powolną akcję, będzie miał okazję do stworzenia własnego spojrzenia na filozoficzną propozycję Kubricka. Ten fakt także podkreśla wysoki poziom ambicji twórców. Jeśli chodzi o moją interpretację, to uważam, że mamy okazję zetknąć się z twierdzeniem negującym zdolność człowieka do rozwoju oraz zaprzeczeniem istanienia Boga. Kluczem do zrozumienia są wydarzenia, które mają miejsce podczas pojawiania się monolitu, który pozwala przechodzić człowiekowi na coś w rodzaju wyższego stopnia ewolucji. Problem w tym, czym jest owy monolit. Może to być symbol obcej cywilizacji czy jakiejś metafizycznej siły (wykluczając sakralne zabarwienie), która jest w stanie kierować człowiekiem i pozwala mu poszerzać swoje umiejętności, co w końcu może doprowadzic do powstania nowego oraz lepszego gatunku, a chyba właśnie to pokazuje sam koniec filmu. Potwierdzeniem tej hipotezy może być tytuł głównego motywu muzycznego „Odyseji Kosmicznej”, utworu Wagnera pt. „Also Sprach Zarathustra”, który powstał na podstawie dzieła Fryderyka Nietzschego o tym samym tytule. W książce tej zostały w zawarte nauki perskiego proroka, które głoszą przeistoczenie się „nadczłowieka” w wyższą rasę. I jak przejść obok tak ambitnego filmu, zachowując obojętność? Cała teoria rzeczywiście brzmi bardzo irracjonalnie, co nie znaczy, że nieciekawie, a w połączeniu z wizją Kubricka i jego mistrzowskiem kunsztem, całość wydaje się niebezpiecznie realna.
Autor recenzji:
Karol 'Kirk' Janusz
|
|
|||||