|
|
Amadeusz
Ach, ten śmiech... Zdarzają się jednak filmy, których siła, magia i geniusz sprawia, że widz nie potrafi znaleźć słów, aby oddać jego wspaniałość. Takim filmem jest (moim zdaniem, oczywiście) np. "Zatrute pióro", którego bohaterem jest markiz de Sade. Należy ten obraz jednak do zdecydowanej mniejszości. Mniejszości, którą tworzy między innymi z "Amadeuszem". Mroźny zimowy wieczór. Antonio Salieri - niegdyś nadworny kompozytor cesarza Józefa II, koneser dźwięków i nauczyciel samego władcy- dziś zdziwaczały starzec nękany przeszłością targa się na swe życie. Jednak w porę zostaje uratowany. Trafia do przytułku dla obłąkanych gdzie odwiedza go młody kapelan. Salieri zaczyna snuć opowieść o tym jak pewnego dnia pozna Mozarta, którego nienawidzi i jednoczenie wielbi... Film nie jest wbrew pozorom historią życia Wolfganga Amadeusza Mozarta. Jest to opowieść o życiu, pasji i słabościach dwóch wielkich kompozytorów - Amadeusza i Salieriego. Fabuła skupia się na ich wzajemnych relacjach, procesie twórczym i życiu codziennym. Obraz ma jednego głównego bohatera – muzykę. Zaś pozostałą część podzielili między siebie praktycznie po równo Tom Hulce jako Amadeusz i F. Murray Abraham czyli filmowy Salieri. Scenariusz opowiada nam o tym jak Antonio z zadowolonego z
życia, wiernego Bogu i własnym przekonaniom człowieka za sprawa zawiści o talent
staje się zgorzkniałym, przebiegłym i strapionym wrogiem zarówno samego Mozarta,
jak i Boga, wierzy bowiem, że muzyka Amadeusza jest tak wspaniała, że tylko Bóg
mógł stworzyć coś podobnego. Uważa, więc, że Pan zakpił sobie z niego obdarzając
nadludzkim talentem młokosa nie przestrzegającego nie tylko etykiety, ale także
zasad moralnych. Watek „przeistoczenia” Salieriego to tylko jedna z dróg, którą
możemy podążyć podczas projekcji filmu. Fabuła jest bardzo dobrze spleciona,
wciąga, śmieszy, a miejscami nawet lekko straszy. A młody Wolfi? Jest po prostu świetny. Niczym małe dziecko, które za szybko dorosło i nie do końca umie sobie poradzić z talentem i sławą, co stara się utopić w alkoholu i hulankach z kobietami. A jeśli dodamy do tego ten słynny śmiech (moim zdaniem - absolutnie genialny), to nie sposób nie zachwycić się grą aktorów. Bardzo dobry jest również drugi plan: żona Amadeusza, cesarz Józef, ojciec Wolfiego czy chociażby kapelan nadają filmowi niezwykły nastrój. Aktorzy, obok muzyki, to najmocniejsza strona filmu. Moje serce zdobyły także kostiumy, których autorem jest sam Theodor Pistek. Warto zwrócić na nie uwagę, bowiem to jedne z najlepszych kostiumów w historii kina. Wszystkie aż kipią szczegółami, misternym wykonaniem przy użyciu najlepszych i najbardziej fantazyjnych tkanin. Również scenografia idealnie odtwarza nastrój epoki. Bardzo podobała mi się Opera Narodowa. Do gustu nie przypadły mi jedynie zdjęcia. Być może się czepiam, ale zwłaszcza na początku bardzo raziły moje oko. Później się przyzwyczaiłem, ale nieprzyjemne uczucie zostało. Za to muzyka po prostu rzuca na kolana. Przyznałbym jej wszystkie nagrody, Akademia też by pewnie chciała, ale te przepisy... Oryginalne dzieła najwybitniejszych twórców XVIII i XIX Europy towarzyszą nam niemal przez cały film. Świetnie dobrane utwory nie pozostawiają nikogo obojętnym i nawet laik dostrzeże ich piękno i harmonię, zaś dla melomana, zwłaszcza tego z odpowiednim nagłośnieniem, będzie to uczta dla ucha. Tego nie da się opisać, to trzeba usłyszeć. Z przyjemnością zgadzam się na te 8 Oscarów, ba nawet dorzuciłbym jeszcze te dwa - dla Toma i za muzykę. Niestety, dla niektórych film może wydawać się za długi. Mi jednak żal było, że się już skończył. Skłamałbym mówiąc, że „Amadeusz” wciągnął mnie bez reszty. Jest to bowiem ten film, który w pełni się pojmuje po trzy-, czterokrotnym seansie. Z całą pewnością to jedno z arcydzieł kinematografii, które obejrzeć powinien każdy kinoman i meloman. Świetni aktorzy, strona techniczna i ta muzyka. Panie i panowie: czapki z głów przed „Amadeuszem”!
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||