|
|
American Beauty
Czy kiedykolwiek chcieliście się zbuntować przeciwko tradycyjnemu życiu? Pewnie tak. „American Beauty” Sama Mendesa, człowieka związanego przed nakręceniem tego filmu przede wszystkim z teatrem, opowiada o takim właśnie buncie. Ten film to satyra na amerykański styl życia. Jednak nie tylko Amerykanie mogą odnaleźć w nim coś z siebie. W końcu problemy rodzinne, które są tutaj pokazane dotyczą wielu osób. Poruszone są tu takie sprawy jak konflikt między żoną a mężem, problemy z dzieckiem, a także zdrada. Sporo o tym filmie słyszałem, ale jakoś nie mogłem go
wcześniej zobaczyć. Zawsze coś mi wypadało. Więc kiedy nadarzyła się okazja z
chęcią zasiadłem przed telewizorem. Przyciągnęły mnie znane nazwiska aktorów i
pozytywne opinie na temat filmu. Szczególnie zachęcała do zobaczenia taka
gwiazda jak Kevin Spacey. Nie zawiodłem się na „American Beauty” i już na
początku mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z rewelacyjnym filmem, który jest
połączeniem komedii i dramatu. Głównym bohaterem jest typowy Amerykanin po czterdziestce Lester Burnham (Kevin Spacey), mieszkający w charakterystycznym jednopiętrowym domku. Ma żonę, córkę i skrajnie różnych sąsiadów. Obok niego mieszkają: faszystka tępiący pedałów, chłopak, który jest dealerem narkotyków, były hipis i geje. Lester nie jest szczęśliwy w życiu. Już na samym początku mówi nam, że samo patrzenie na żonę go wykańcza, jego córka jest zwykłą nastolatką, a obie te kobiety mieszkające z nim pod jednym dachem uważają go za kompletnego nieudacznika. W czym mają po części rację. Jednak wszystko diametralnie się zmienia, gdy pewnego razu Lester poznaje koleżankę swojej córki blondwłosą piękność Angelę Hayes. Główny bohater zauważa, że nie czerpie z życia radości. Buntuje się. Postanawia poderwać młodą Angelę. Rzuca pracę, w domu staje się bardzo stanowczy. Od teraz każdą wolną chwilę poświęca na ćwiczenie swoich mięśni, przy okazji biorąc narkotyki. Fabuła może wydawać się banalna. W dodatku jest sporo filmów o buncie. Co więc sprawia, że „American Beauty” jest wyjątkowy? Przede wszystkim wyśmienite aktorstwo. Kevin Spacey wcielający się w rolę Lestera, wczuł się w kreowaną przez siebie postać i zagrał genialnie. Mimika i wszystkie gesty wykonywane przez niego są po prostu wyśmienite. Jego postać jest przekonująca i wiarygodna. Za swoją rolę Spacey został uhonorowany Oscarem. Świetnie zagrała również Annette Bening (nominacja do Oscara) wcielająca się w żonę Lestera. To kobieta, która widzi, że jej związek się niszczy. Romansuje na boku, ale naprawdę chciałaby, żeby w domu było lepiej. Reszta aktorów, choć trochę gorszych, też zagrała dobrze i z przyjemnością się ich ogląda. Kolejną ważną sprawą w filmie jest scenariusz. Dialogi, które
słyszymy stoją na wysokim poziomie, są ciekawe i często zabawne. „American
Beauty” jest po części komedią. Nie wywołuje głośnego śmiechu, ale nie o taki
humor tu chodzi. Często oglądając ten film można się lekko uśmiechnąć. Takie
reakcje wywołują sceny, które zwykle w normalnym życiu byłyby przerażające, ale
w tym filmie zostały przedstawione w sposób dla widza komiczny. Film daje sporo do myślenia. Lester zachowuje się jak
młodzieniaszek. Kupuje narkotyki, poprawia swoją formę, zatrudnia się w
podrzędnej firmie. To sprawia mu frajdę, ale czy naprawdę na dłuższy dystans
takie życie może być satysfakcjonujące? Takie pytanie zadaje Mendes w filmie.
Postać grana przez Spaceya też będzie musiała sobie na to odpowiedzieć. Czy
przez bunt stał się wolnym człowiekiem? Czy bunt dał mu radość? „American Beauty” jest dość specyficzny. Nie wszystkim
spodoba się przedstawiony tu humor. Nie każdy będzie zachwycony dialogami.
Jednak w moim odczuciu jest to świetny film ze wspaniałą grą aktorską,
rewelacyjnym scenariuszem i miłą dla ucha ścieżką dźwiękową. Dodatkowym
potwierdzeniem wielkości filmu jest zdobycie przez niego pięciu Oscarów: za
scenariusz oryginalny, zdjęcia, dla Kevina Spaceya, reżysera i tej
najważniejszej dla najlepszego filmu roku. W „American Beauty” może trochę nie
pasować tylko zakończenie. Nie będę go zdradzał, by nie psuć radości z oglądania,
ale jest tak dziwne i niespodziewane, że aż trochę absurdalne. Jednak nie będę
się na siłę czepiać. Sam Mendes zrobił to, co do niego należało. Dał widzowi
film, obok którego nie można przejść obojętnie.
Autor recenzji:
Piotr 'Miodzio' Mudzo |
|
|||||