| |
|
Bezdroża
 |
Tytuł oryginalny: Sideways
Reżyseria: Alexander Payne
Scenariusz:
Alexander Payne, Jim Taylor
Zdjęcia:
Phedon Papamichael
Muzyka:
Rolfe Kent
Produkcja: USA
Gatunek: komediodramat
Data premiery (Świat): 13.09.2004
Data premiery (Polska): 04.02.2005
Czas trwania: 123 minuty
Obsada: Paul Giamatti, Thomas Haden Church, Virginia Madsen,
Sandra Oh
|
W winie i kinie prawda
Jeżeli
myślicie, że amerykańskie kino to tylko gigantyczne superprodukcje z tzw.
gwiazdami na gigantycznych listach płac, jeżeli uważacie, że Francja jest
królestwem wina i w końcu, jeśli sądzicie, że w ciągu tygodnia nie można zmienić
swojego życia - ten film nie jest dla was.
Duet Payne - Taylor pokazuje Amerykę, której nie znamy. Nie ma w niej tanich
barów z gangsterami w białych getrach, nie ma młodych yuppies, gotowych wyssać
każdy grosz z naszych portfeli, nie ma również naiwnych emigrantów, widzących w
kraju Kolumba krainę wiecznej szczęśliwości, w której byle czyściciel butów może
stać się właścicielem największego biurowca przy Road Avenue. Ameryka Alexandra
Payne'a i Jima Taylora bardziej przypomina Stary Kontynent. Malownicze obrazki
wzięte wprost spod pędzla Edouarda Maneta, miłość do wina i dwójka wyjątkowo nie
amerykańskich bohaterów (szczególnie Miles) sprawiają, że jest to jeden z
najbardziej europejskich filmów zrealizowanych w Ameryce. Zdaje się, że taki
obraz Stanów Zjednoczonych w tamtejszym kinie niezależnym nie jest przypadkowy.
Spójrzmy na ostatnie najbardziej znane i doceniane filmy z tego nurtu - albo nie
mówią o Ameryce zupełnie nic (''Między słowami'' Sofii Coppoli), albo też
spoglądają na swój kraj okiem bardzo krytycznym (''Słoń'' Van Santa).
Amerykańscy twórcy kina niezależnego - zupełnie odwrotnie niż polscy -
dystansują się od problemów własnego kraju, opowiadają o sprawach uniwersalnych
językiem niekoniecznie bliskim amerykańskiej tradycji literackiej czy filmowej.
Otwarcie i dostrzeżenie, że na Ameryce nie kończy się świat (Coppola opiewa
Japonię, u Payne'a widać fascynację Francją i krajami z południa Europy) to nowy
i jak widać nie jednorazowy element kina amerykańskiego początku XXI wieku. Mam
nadzieję, że podobnym tropem podążą w najbliższej przyszłości również wielkie
wytwórnie filmowe.
Bohaterem ''Bezdroży'' jest wino, będące tutaj - to nic odkrywczego - symbolem
życia. Widzimy uprawy winorośli, słuchamy wykładów Milesa o tym, jak wino
powstaje, dowiadujemy się wreszcie jak rozpoznać stare (tj. dobre) wino. W takim
właśnie entourage'u kontynuują swoją przedziwną podróż Miles i Jack. Każdy z
bohaterów reprezentuje jednak odmienną filozofię życiową. Miles to czysty
paradoks - miłość do wina w żaden sposób nie przekłada się na miłość do życia,
wręcz przeciwnie - im więcej wina, tym większa nienawiść do własnej egzystencji.
Odrzucenie przez ukochaną kobietę i nieudane małżeństwo, dodatkowo nieciekawa
praca (jest nauczycielem) oraz nieudolność w realizowaniu własnych marzeń budują
obraz pesymisty i samotnika. Jack wbrew pozorom jest do Milesa bardzo podobny -
wprawdzie nieudane małżeństwo dopiero przed nim, ale życiową niezaradnością na
pewno dorównuje koledze. Różni ich sposób patrzenia na świat - Jack to
optymista, który korzysta z życia do granic jego możliwości. Nie dba o
konwenanse, ani zasady, wie, że życie wcale nie jest jak wino - im starsze tym
wcale nie lepsze. Zarówno Miles, jak i Jack znajdują się przed poważnymi
życiowymi wyborami - jeden musi wreszcie zapomnieć o byłej żonie, drugi zaś,
pełen niepewności i wątpliwości, już wkrótce zagra najważniejszą rolę swojego
życia - męża ponętnej Christine. I jak zwykle w takich sytuacjach wybawieniem
okazują się być kobiety. Maya i Stephanie, niczym dwie dantejskie Beatrycze
przeprowadzają bohaterów przez strumień lęków i kompleksów. Maya, co sugeruje
zakończenie już na stałe pozostanie w życiu Milesa, Stephanie zaś okaże się
jedynie potwierdzeniem niestałości i infantylności Jacka.
Payne po raz kolejny (po ''Schmicie'') korzysta z formuły kina drogi.
Przeżywająca swój rozkwit w latach 60. i 70. (''Easy Rider'', ''Strach na
wróble'') w najciekawszy chyba sposób przedstawiała dynamiczny charakter
głównego bohatera, poprzez nabieranie przez niego coraz to nowych doświadczeń
ukazywała jego metamorfozę. Payne niestety nie wychodzi po za wymyślony przed
ponad trzydziestoma laty schemat, nie proponuje w materii kina drogi nic
odkrywczego. A nie wierzę, że nic nowego nie można w tym gatunku powiedzieć
(przed piętnastoma laty twierdzono, że western jest gatunkiem hermetycznym, w
którym powiedziano już wszystko, Eastwood ze swoim ''Bez przebaczenia''
udowodnił, że tak nie jest). Szkoda, bo zarówno dialogi, jak i gra aktorska (o
tym za chwilę) są bardzo dobre, nie wystarczają jednak, aby uwypuklić
oryginalność narzuconego przez Payne'a schematu.
Dlatego właśnie warto bliżej przyjrzeć się kreacjom aktorskim, bo to one
(podobnie zresztą jak w poprzednim filmie Payne’a) stanowią o wyjątkowości tego
obrazu. Reżyser udowodnił, że ma doskonałą rękę przy wyborze aktorów, a
następnie przy prowadzeniu ich. Tym razem zrezygnował z zaangażowania znanych
aktorów, na ekranie oglądamy twarze zupełnie nieznajome, bądź też widziane
kiedyś w jakimś epizodzie lub serialu telewizyjnym. Filmografia Paula
Giamattiego może imponować (''Przejrzeć Harry'ego'', ''Szeregowiec Ryan'',
''Człowiek z księżyca'', ''Truman Show''), jednak aktor zaliczył w tych obrazach
jedynie nieznaczne epizody. W ''Bezdrożach'' znakomicie wykorzystuje swoją vis comicę, jest neurotyczny (może to zasługa Woody'ego Allena, w którego filmach
pojawiał się dwukrotnie?) i umiejętnie balansuje między komizmem a tragizmem
postaci Milesa. Thomas Haden Church gra właściwie samego siebie - niespełniony
aktor znany przede wszystkim ze starego sitcomu (przez siedem lat grał Lowella w
''Skrzydłach''). Tu tworzy rolę życia - scena płaczu jest prawdziwym
majstersztykiem i Haden Church - jeden z dwojga aktorów ''Bezdroży''
nominowanych do Oscara - bardziej zasługiwał na tę nagrodę a niżeli Morgan Freeman z ''Za wszelką cenę''. Drugą osobą, która zdobyła nominację jest Virginia Madsen za rolę Mai - subtelnej i doświadczonej życiowo kelnerki.
Pamiętam Madsen z interesującego epizodu z ''Zaklinacza deszczu'' Francisa Forda
Coppoli - miała tam w kilka minut zmienić się z poważnej urzędniczki w chorą i
nie panującą nad sobą alkoholiczkę. Jako Maya gra podobnie - nie odkrywa od razu
swojej postaci, jest tajemnicza, przez to intrygująca. Zupełnym zaprzeczeniem
Mai jest Stephanie - pierwsza poważna rola Sandry Oh. Dynamiczność,
nieokiełznanie i seksapil to największe zalety tej aktorki. Warto jeszcze
podkreślić znakomity epizod Marylouise Burke - jako Phyllis, matki Milesa. Sceny
w jej domu są zresztą najlepszymi scenami w całym filmie, a rola (rólka)
doświadczonej aktorki na pewno zasługuje na wyróżnienie.
''Bezdroża'' gwarantują dobrą zabawę, ale nie pozbawioną poważnej refleksji.
Warto zastanowić się nad życiem i jego kruchością. Warto odnaleźć w sobie
szaleństwo. Warto zaryzykować. Będę później żałował? Wolę żałować to, co
zrobiłem, niż to czego zrobić nie zdążyłem.
Autor recenzji:
Darek "DaKa" Kałan

Skomentuj recenzję
|
|
|