| |
|
Bliżej
 |
Tytuł oryginalny: Closer
Reżyseria: Mike Nichols
Scenariusz:
Patrick Marber
Zdjęcia:
Stephen Goldblatt
Muzyka:
Steven Patrick Morrissey, Wolfgang Amadeusz Mozart
Produkcja: USA
Gatunek: Melodramat
Data premiery (Świat): 03.12.2004
Data premiery (Polska): 28.01.2005
Czas trwania: 104 minuty
Obsada: Natalie Portman, Jude Law, Julia Roberts, Clive Owen
|
Bliżej znaczy Dalej
Jeśli chcesz wiedzieć, jaki jestem i dlaczego taki jestem, obejrzyj ten film -
tak zdaje się krzyczeć pokolenie 30-letnich 'singli'. Młodzi recenzenci
dostrzegają w najnowszym obrazie Mike'a Nicholsa znakomite odbicie świata, w
którym poruszają się na co dzień. Często przy tej okazji wspomina się o wielkim
powrocie Nicholsa (co jest nie prawdą, bo Nichols nigdzie nie zaginął, niechaj
''Barwy kampanii'', telewizyjny ''Dowcip'', czy miniserial ''Anioły w Ameryce''
będą tego dowodem) oraz dokonuje się paraleli między ''Bliżej'', a najbardziej
znanym obrazem tego reżysera - ''Absolwentem''. Ben Braddock, wspaniale zagrany
przez debiutującego wówczas Dustina Hoffmana, był pod koniec lat 60. symbolem
młodzieńczego buntu przeciw regułom i konwenansom wytworzonym przez hermetyczny
świat amerykańskiej klasy średniej. Pokolenie, o którym opowiada Nichols w
''Bliżej'', już się nie buntuje. Być może spojrzeli wstecz i dostrzegli, że
kontestacja rzadko przynosi prawdziwe rezultaty (jak mawiał Jonasz Kofta: ''Czy
coś na świecie się zmieni, gdy z młodych gniewnych powstaną starzy
wkurwieni?''), zauważyli że pokolenie buntowników z czasem nabiera cech, przeciw
którym jeszcze niedawno protestowało (vide ''Marzyciele'' Bertolucciego), albo
też świat jaki zastali jest zbyt atrakcyjny, aby się przeciw niemu buntować.
Czwórka głównych bohaterów - Dan, Anna, Jane (vel Alice) i Larry bardziej
przypomina znudzoną panią Robinson, niż samego Bena. Nie ustępują mu tylko w
niepewności i zagubieniu oraz samotności, która rodzi się z niemożności
znalezienia wspólnego języka z człowiekiem, który jest taki sam jak ty.
30-latkowie ad 2004 to ludzie nie potrafiący przekroczyć granicy między słodką i
beztroską młodością, a wymagającą wyrzeczeń dorosłością. Balansują raz w jedną,
raz w drugą stronę, jednak robią to tak niezgrabnie, że w całej tej dziwacznej
sytuacji sami się gubią. Najlepszym tego przykładem jest znakomita scena dialogu
Dana z Larrym w gabinecie dermatologicznym. Dan na początku mówi o seksie, po
chwili rozpoczyna tyradę na temat miłości, a w ciągu dalszej wymiany zdań oba te
terminy się mieszają i podobnie jak sam bohater i nie wiemy, czy mówiąc 'seks'
ma na myśli 'miłość', czy jedynie zaspokojenie fizycznych potrzeb.
Seks jest zresztą tematem większości rozmów bohaterów i, co nie dziwi, już dawno
przestał być on tematem tabu. Seks krąży w tym filmie wokół głównych postaci,
stanowi spoiwo relacji między każdym z nich. Nawet między Larrym a Danem, wszak
jak by nie patrzeć poznają się w czasie rozmowy o wyuzdanych fantazjach
erotycznych każdego z nich. Jedna z pierwszych rozmów Alice z Anną dotyczy Dana
jako męskiego przedmiotu pożądania. Nie ma w seksie niczego nagannego,
bynajmniej, lecz traktowanie go tylko i wyłącznie jako hobby, jako wypełniacza
wolnego czasu jest sygnałem niepokojącym. Być może w erze masowej konsumpcji i
aprobowanego przez wszystkich voyeuryzmu seks przestał być sprawą intymną,
prywatną, a stał się zamiast tradycyjnego ''Mamy dziś ładną pogodę,
nieprawdaż?'' sposobem na nawiązywanie nowych, najczęściej przelotnych,
znajomości? Być może też, nasi bohaterowie - dzieci kapitalizmu, wykorzystują
najbardziej im znane, najbardziej powszechne medium, aby w sposób jak
najbardziej niezauważalny ukryć przed sobą i innymi własną pustkę emocjonalną i
samotność? Mówimy o 'wolnych związkach', a myślimy o stabilizacji i rodzinie,
mówimy o seksie - myślimy o miłości. Jesteśmy pokoleniem zakłamanym i
tchórzliwym, własne kompleksy ukrywamy po płaszczykiem pewnego siebie yupee
wciągniętego w wir kariery, a strach przed samotnością sprawia, że wpływamy w
rzekę kolejnych przelotnych znajomości, rzadko kończących się trwałym związkiem,
bo nie pozwala nam na nie strach przed byciem opuszczonym. Jest w tym pokoleniu
jeszcze większy lęk przed jutrem niż w generacji ledwo wiążących koniec z końcem
naszych rodziców.
O tym wszystkim opowiada nam prawie 80-letni Mike Nichols.
Nie poucza jednak, nie moralizuje. Nie mówi, co jest dobre, a co nie. Z właściwą
sobie wrażliwością stawia przed nami lustro i pyta 'czy to, co widzisz,
satysfakcjonuje cię?''. Reżyser nie oczekuje masowej odpowiedzi, przedmiotem
jego zainteresowania jest, jakże to dzisiaj nie modne, odporna na chwilowe
trendy jednostka. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Autor recenzji:
Darek 'DaKa' Kałan
Skomentuj recenzję
|
|
|