| |
|
Casablanca
 |
Tytuł oryginalny: Casablanca
Reżyseria: Micheal Curtiz
Scenariusz: Casey Robinson, Philip G. Epstein
Zdjęcia: Arthur Edeson
Muzyka: Max Steiner
Produkcja: USA
Gatunek: melodramat
Data premiery (Świat): 26.11.1942
Data premiery (Polska): 10.08.1942
Czas trwania: 102 minuty
Obsada: Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, Paul Henreid, Claude
Rains
|
Obejrzałam Casablance. Tak. Wreszcie. Zawsze coś stawało na
przeszkodzie, uszkodzony plik, zbyt późna pora. Teraz się udało. Uff. I want it
once again. W ogóle lubię stare filmy. Mają w sobie coś takiego magicznego,
spokojnego, nawet rysy twarzy bohaterów są jakby lekko zamglone, nieostre. Ale
to tylko złudzenie. I choć nieco przesadna czasem gestykulacja i sprawiające
wrażenie zbyt artystycznych pocałunki niekiedy rzucają się w oczy, to bardzo
łatwo nam to sobie odpuścić.
Niby sama fabuła bardzo oklepana: trójkąt miłosny. Ale w tym
trójkącie jest coś jeszcze. Coś ważnego wydarza się poza nim. Coś sprawia, że
ten film bardzo łaskawie odwdzięcza się za poświęcenie mu trochę czasu i uwagi.
Hermann Hesse pisał w „Wilku stepowym”, że postaci pokazuje
się jednowymiarowo, zawsze oglądamy je w danej roli i przeważnie nie wnikamy
zbyt głęboko w inne ich płaszczyzny. Bohater jest dobry albo zły. Ewentualnie
najpierw jest zły, a potem dobry. W Casablance mamy coś trochę innego. Ci
bohaterowie są jacyś tacy prawdziwsi. Każda, nawet drugoplanowa postać przyciąga
do siebie tym, że jest jakaś, jest wyraźna, jest głęboka i taka pełna. Widz,
chociaż widzi ją tylko przez moment, w jakiejś konkretnej sytuacji, to i tak
czuje podświadomie, że to ludzie z krwi i kości. Mylą się, popełniają błędy. Są.
Warto by przyjrzeć im się trochę bliżej:
Rick: cyniczny, niedostępny, wyniosły. Z wiecznym dystansem do świata i ludzi.
Odgradza się od wszystkiego murem, u którego fundamentów leży głęboko skrywana
uraza i ból. W jego oczach widać tylko dwie okrągłe płaszczyzny odbijające od
siebie światło tak, żeby nie wpuścić nikogo głębiej, żeby zachować swoje
najbardziej intymne części z dala od gapiów, pobłażania. Ciągle z boku, ale to
nie będzie pozycja filozofa. On nie obserwuje, on stroni. Usilnie pracuje nad
tym, żeby odizolować się całkowicie od tego szumnego gwaru miasta. Pozycja,
którą zdobył daje mu spokój i ukojenie. Kim jest, tego tak naprawdę nie wie nikt,
mimo, że zdążył już zadomowić się w krajobrazie Casablanki i stworzyć jego
mieszkańcom, autochtonom i uchodźcom, coś na kształt enklawy, azylu. Niezwykle
błyskotliwy, z lekkością sypiący perełkami, które przeszły potem do historii i
doczekały się uwiecznienia w piosence Świetlików. Jest taka scena, gdy siedzi z
butelką, z „As Time Goes By” w tle i patrzy gdzieś przed siebie. A jego oczy
mają wtedy zupełnie inny wyraz. Powraca do Paryża. Do SWOJEGO Paryża. Tamten
Rick to zupełnie inny człowiek. Mniej zmęczony, mniej obojętny.

Ilsa: Kobieta z tych, którym do stóp rzuca się cały świat. Kobieta tajemnicza,
ale też nie do końca femme fatale. Ujmuje delikatnością, subtelnością, ale
czasem tak popatrzy, że widać drzemiącą w niej olbrzymią siłę. Zdolna do
wielkich poświęceń. Rozdarta między obowiązkiem i danym kiedyś słowem, a
miłością. Z jednej strony potrzebuje męskiego wsparcia, a mężczyzn zawsze
wybiera wyjątkowych. Najpierw Victor, później Rick. Obaj silni i z typu tych,
przy których kobieta nie musi się martwić już o nic poza makijażem. A z drugiej
strony dla obu to ona była oparciem, siłą podtrzymującą przy życiu, pozwalająca
przejść piekło obozu koncentracyjnego. Jej brak wypalał doszczętnie.
Victor: Postać, która trochę do reszty nie pasuje, ale dla jej rangi w fabule
wypada umieścić go właśnie w tym miejscu. Bohater. Pełen wzniosłych idei i
charyzmy. Buntownik i wojownik o wolność. Odważny i nieustępliwy. Jakby żywcem
przeniesiony z jeszcze nie napisanego podręcznika historii. Pociąga za sobą tłum.
Jego największa siła może stać się zarazem największą słabością – miłość.
Renault: prefekt żandarmerii. Skorumpowany wielbiciel pięknych, młodych,
uzależnionych od jego decyzji kobiet. Wydawałoby się mało ciekawy i pozytywny
typ. Ale jego sposób bycia sprawia, ze ciężko go ot! tak znienawidzić. Przyciąga
do siebie pewną lekkością i zdobywa sympatię. Postawiony w niezręcznej sytuacji
lawirowania między wiernością w stosunku do Wolnej Francji i podporządkowaniem
III Rzeczy i Vichy. Zdystansowany, ale to zupełnie inny dystans niż ten w
wykonaniu Ricka. Więcej w nim zadowolenia i chęci cieszenia się każdą
najmniejszą przyjemnością. Między nim a Blainem wytworzy się jakaś nić
porozumienia i sympatii, która później, już po napisach końcowych ma zaowocować
prawdziwą, męską przyjaźnią. Co ich przyciągnęło do siebie? Cynizm i ironia?
Wewnętrzne zagubienie maskowane precyzyjnie przez, wydawałoby się, umiejętność
całkiem niezłego usytuowania się w każdej sytuacji? A może po prostu są w stanie
się zrozumieć? Może obaj tak samo mocno chcieli ukryć wnętrze pod grubą maską
znieczulicy?

Yvonne: Postać, która przez film przewija się zaledwie kilka razy, ale mimo to
należy do moich ulubionych. I chyba jednych z najtragiczniejszych. Co możemy o
niej powiedzieć? Francuzka. Zbyt mocno przywiązana do tej myśli, żeby łatwo było
jej zaakceptować własne decyzje i poczynania. W wolnych chwilach dama do
towarzystwa, która uważa, że wszystko jest na sprzedaż. Zakochana i odrzucona
przez Ricka. Ona też chowa się za maską. Ale jej maska ma być silna i twarda, w
rzeczywistości zaś mamy do czynienia ze słabą, zagubioną dziewczyną, której
brakuje ciepła, zainteresowania, a przede wszystkim siły. Jest w tym filmie
jedna scena, którą oglądać mogę bez końca, mimo nieprzychylnych spojrzeń całej
mojej rodzinie, która, z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów, po nastym
razie powiedziała DOŚĆ. Grupa niemieckich żołnierzy spędzających beztroski
wieczór w Cafe Americain, zaczyna śpiewać niemieckie piosenki, co rozsierdza
Victora. Na jego rozkaz orkiestra zaczyna grać Marsyliankę. Wolna Francja
powstaje i śpiewem zagłusza Niemców, którzy nie mogąc przekrzyczeć tłumu,
rezygnują. Najpóźniej odpuszcza sobie właśnie Yvonne. Zaciskając zęby i próbując
powstrzymać napływające do oczu łzy wytrwale wyśpiewuje kolejne
niemieckojęzyczne wersy, choć duszą i sercem co innego chciałaby śpiewać.
No i ta ostatnia scena. Scena, której nie da się nie znać,
nawet jeśli nie widziało się samego filmu. Ogromne poświęcenie, nie do końca
zrozumiałe, nie do zaakceptowania dla tych, którzy liczyli tu na happy end. Choć
z drugiej strony, czy happy end był tu możliwy? Trójka bohaterów, ktoś musiał
zostać z boku.
Film ma w sobie coś bardzo spokojnego i sentymentalnego,
jakkolwiek nie jest to bynajmniej tani sentymentalizm. Dużo mówi się o
fenomenalnych dialogach. Ja osobiście dodałabym jeszcze to, że nie rażą one za
bardzo. Widzowi nie wytyka ich się mocno, żeby przypadkiem któregoś z nich nie
przegapił. Wypływają same z siebie, trochę z boku historii, ale zawsze świetnie
się wpasowując w treść i rozładowując atmosferę romansidła. Tak w zasadzie, to
nie jestem nawet w stanie do końca określić, co mnie tak do tego filmu ciągnie,
co każe mi oglądać go dwa razy w ciągu tego samego weekendu. Może najlepiej ująć
to tytułem innego filmu, może to, co w nim najważniejszego tkwi gdzieś Między
Słowami.
Autor recenzji:
Anna 'Ocky' Muzyka

Skomentuj recenzję
|
|
|