|
|
Człowiek ze złotym pistoletem
Swoją przygodę z Bondem rozpocząłem mając lat dwanaście. Są tacy, co uważają, że w tym wieku chłopiec nie powinien się interesować będącym na usługach rządu brytyjskiego płatnym zabójcą, który jeździ po świecie uganiając się jak nie za międzynarodowymi psychopatami z ośmiocyfrowymi sumami na koncie, to za damami w kusych spódniczkach. Cóż, ja miałem swoje zdanie... A wszystko zaczęło się od kupionej pod wpływem impulsu kasety magnetofonowej z piosenkami z bondowskiego cyklu. Najbardziej zakochałem się w jednym utworze, wykonywanym przez Lulu „The Man with the Golden Gun”. Niezwłocznie udałem się więc do wypożyczalni i zaopatrzyłem się na okres jednej doby w film, z którego ów song pochodził... „Człowiek ze złotym pistoletem” to trzeci Bond lat 70. (poprzednimi
dwoma były „Diamenty są wieczne” i „Żyj i pozwól umrzeć”). Jak każda cześć sagi
z tamtej dekady, charakteryzuje się komiksowym i mało realnym scenariuszem. Taki
był wymóg widowni, która znudziła się poważnymi i w miarę wiernymi adaptacjami
powieści Iana Fleminga, w których agenta 007 grali Sean Connery i George Lazenby.
Fabuła filmu nie ma zatem zbyt wiele wspólnego z książkowym pierwowzorem.
Etatowy bondowski scenarzysta, Richard Maibaum i jego współpracownik, Tom
Mankiewicz, od Fleminga pożyczyli tylko postać tytułowego mordercy, Scramangi,
choć i ona uległa liftingowi. Na kartach powieści Scaramanga był kubańskim
cynglem, zabijającym z pozłacanego kolta Single Action, do tego lekko sugerowano
jego skłonności homoseksualne. W filmie Scaramanga to cholernie przystojny (gra
go w końcu Christopher Lee!), świetnie wytrenowany dezerter z KGB i
heteroseksualny sybaryta (może sobie pozwolić na luksus, biorąc milion baksów za
kontrakt). Do tego jego narzędzie zbrodni jest bardziej wyrafinowane - to
prawdziwie złoty pistolet, montowany z papierośnicy, zapalniczki, wiecznego
pióra i spinek do mankietów, miotający złotymi pociskami. Taką właśnie kulę
otrzymuje nasz James Bond. Sam podchodzi do sprawy ironicznie („Kto płaciłby
milion dolarów, by przeczytać mój nekrolog?”), ale jego szef, „M”, jest innego
zdania i wysyła agenta na przymusowe wakacje. 007 postanawia dopaść kata, nim on
dopadnie jego. Po bardziej lub mniej przyjemnych spotkaniach w Bejrucie i Makao,
Bond poznaje w Hong Kongu narzeczoną Scaramangi („ale tylko, gdy ma kogoś zabić”),
zjawiskową Andreę Anders (Szwedka Maud Adams). Torturowana (sic!) przez 007
dziewczyna zdradza mu, gdzie najbliższej nocy będzie jej pan. W nocnym klubie
Scaramanga oddaje z ukrycia strzał - celem był nie Bond, ale zbiegły uczony
Gibson. Okazuje się, że w całej dziwacznej sprawie chodzi nie o życie 007 (uff!),
ale o przetwornik Solex, który zmienia energię słoneczną w elektryczną (ojojojojoj)... Wspomniałem, że „Człowiek...” to typowy Bond lat 70. Więcej, to podręcznikowy przykład filmu o Bondzie. Są wszystkie składniki tej serwowanej nam od ponad czterdziestu lat zupy. Jest szalony złoczyńca, bawiący się bronią masowej zagłady. Jest jego oryginalny pomocnik - tutaj to niskiego wzrostu Nick Nack, grany przez gwiazdę serialu „Fantastyczna wyspa” Herve Villechaize’a. Są długonogie piękności - wspominana Andrea, ale przede wszystkim blondwłosa agentka Mary Goodnight, zwana pieszczotliwie Dobranocką, a kreowana przez eks panią Peterową Sellersową, Britt Ekland. Są sceny, jakich nie spotyka się w typowym filmie nurtu -samochód odlatujący w przestworza czy Bond wykonujący swoim AMC Hornetem skok z jednego brzegu rzeki na drugi, zakręcający w locie piruet (żeby było zabawniej numer taki jest do wykonania w rzeczywistości pozafilmowej, ale nie róbcie tego w domu). Jest asystent Bonda, który ma albo wspierać, albo wprowadzać element komiczny, albo jedno i drugie. Tutaj klauna udaje znany nam z „Żyj i pozwól umrzeć” amerykański policjant Pepper (Clifton James)-dość powiedzieć, że Axela Foley’a przegadałby bez trudu. Są wreszcie lokacje, które szaremu człowiekowi mają pokazać, jak niby wygląda wielki świat - i tu owacje dla scenografa Petera Murtona, za inspirowany „Gabinetem doktora Caligari” labirynt Scaramangi, w którym straszy swe ofiary kościotrupami, hologramami, kowbojami, gangsterami i... Jamesem Bondem. Prawdziwy bondoman obok filmu nie przejdzie obojętnie, ale
widz, któremu numer 007 kojarzy się jedynie ze „Śmierć nadejdzie jutro”, może
czuć się zaskoczony. Filmowi brak budżetu i fajerwerków typowych dla
dzisiejszych produkcji, jest za to dopracowane aktorstwo (zwłaszcza Christophera
Lee, prywatnie kuzyna Iana Fleminga, dla którego rola Scaramngi była wprost
stworzona) i niezwykle cięte dialogi (maltretowana Andrea opisuje Bondowi
Scaramangę: „Wysoki, szczupły, ciemna cera...”, co Bond kwituje ironicznie „Zupełnie
jak moja ciocia”), do tego mamy sporo typowych dla Fleminga ciekawostek (czy
trzy brodawki piersiowe - tyle ma tytułowy killer! - oznaczają wielki potencjał
seksualny?) i nawiązania do klasyki kina (odlatujący samochód to ukłon w stronę
bondpodobnego „Powrotu Fantomasa”, a liczne sceny walk karate przywodzą na myśl
nakręcone rok wcześniej „Wejście smoka”). Dzisiejsi widzowie będą także porażeni
traktowaniem kobiet przez Bonda. Mimo, że numery takie, jak klepanie po pupie
czy bicie po twarzy były już wcześniej („Goldfinger” czy „Diamenty są wieczne”),
to tutaj osiągamy szczyt przemocy wobec płci pięknej - 007 wyłamuje Andrei rękę,
a potem grozi, że zrobi więcej, jeśli nie powie mu wszystkiego o Scaramndze. Był
to ostatni tak niepoprawnie polityczny Bond-potem James musiał odmawiać
dzielenia łoża z nastolatką, stać się bardziej monogamiczny, a i same panie się
bardziej wyemancypowały (choć i tak filmy zamyka słodki jęk „Och, James...”). Jest jeszcze jeden element, który trzeba omówić - ścieżka dźwiękowa. Nie usłyszymy na niej piosenki króla glam-rocka - Alice Coopera, który rzekomo napisał ją na potrzeby tego filmu, ale za to nacieszymy uszy niedocenianym, wspomnianym utworem Lulu (tak, tak, to ta sama pani, która w 1966 koncertowała w Sali Kongresowej, a potem pracowała z reżyserami Bromskim i Gruzą). Potem jest nieco słabiej - powtarzana do znudzenia kiepska wariacja na temat słynnego „James Bond theme” i przetworzone wcześniejsze kompozycje Barry’ego, ale wielki twórca może się wybronić faktem, że na stworzenie oprawy muzycznej dostał niewiele czasu. Po rockowo-symfonicznym score George’a Martina to jednak pewien niedosyt. Być może „Człowiek...” to nie le Big Mac serii, ale trzeba przyznać, że należy do jej czołowych pozycji i trudno po seansie nie sięgnąć po inne części.
Autor recenzji:
Maciej Gaździcki |
|
|||||