|
|
Deja vu
Każdy chce zaistnieć w świecie, pokazać to, czego jeszcze nikt nigdzie nie widział. W dzisiejszych czasach, aby zostać zauważonym, musimy być oryginalni, trendy czy cool. Batalia ta przyszła do nas nagle, spadając jak grom z jasnego nieba. W kinematografii jest jak w życiu, przetrwa tylko najlepszy i najmocniejszy. Pamiętamy nieliczne filmy, pośród ogromnej ilości tego, czym karmią nas producenci. A jak jest z „Deja vu”? Czy okaże się pustynną fatamorganą, a może zniewoli swoją oryginalnością? Słowo DEJA VU pochodzi z języka francuskiego i oznacza „już widziane”, a słownikowa definicja brzmi: „odczucie, że przeżywana obecnie sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w jakiejś nieokreślonej przeszłości (…)”. Mówiono już o tym w XIX wieku, pisał Zygmunt Freud, a teraz nastał czas na doświadczenie tego zjawiska na szklanym ekranie. W 2002 roku wybitny reżyser, Steven Spielberg, obdarował widza „Raportem mniejszości” (z Tomem Cruisem w głównej roli), który zadziwił pomysłem i postawił wysoką poprzeczkę dla swojej kontynuacji lub następcy. „Deja vu” nie można dosłownie powiązać z „Raportem”, jednak mają ze sobą dużo wspólnego, przez co są ze sobą kojarzone. Akcja filmu rozgrywa się w Nowym Orleanie, czasu
teraźniejszego, w święto Mardi Gras (ostatki). Rozpoczynająca scena ukazuje duży
prom, którego pokład zabiera, jak się później okazuje, ponad 600 pasażerów. Są
wśród nich całe rodziny, wycieczki szkolne oraz spora liczba amerykańskich
marynarzy. Po kilku minutach od wypłynięcia łódź wylatuje w powietrze, niosąc ze
sobą ogrom zniszczeń i setki niewinnych ofiar. Na miejsce tragedii przybywają
odpowiednie jednostki, w celu zbadania sprawy i znalezienia winnych zaistniałej
sytuacji. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi agent federalny ATF (Biuro ds.
Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej i Materiałów Wybuchowych) – Doug Carlin (Denzel
Washington – „Człowiek w ogniu”, „Karmazynowy przypływ”). Podczas wnikliwego
śledztwa jednym z głównych tropów jest ciało kobiety, Claire Kuchever (Paula
Patron – „Hitch”), która pomimo obrażeń podobnych do reszty ofiar, podważa
wątpliwość śmierci spowodowanej wybuchem. Staje się ona kluczem do całej sprawy,
jednak powiązanie wszystkich faktów będzie bardzo trudne, co opóźnia złapanie
sprawcy. Z dodatkową pomocą przychodzi agent, Andrew Pryzwarra (Val Kilmer –
„Gorączka”, „Święty”) i jego tajne laboratorium, w którym przeprowadzane są
badania z krzywą czasu. Dzięki temu urządzeniu mogą poznać całą przeszłość i
ingerując w nią, zmieniać przyszłość, co pomaga w rozwiązaniu zagadki. Łącząc kilka gatunków: sensacje, thriller i science fiction, można stworzyć wybuchową mieszankę, która powoduje totalny chaos, tak zwany przerost formy nad treścią. Niemniej jednak mając za reżysera brata słynnego Ridleya Scotta, Tony’ego Scotta („Top Gun”, „Ostatni skaut”), można ze spokojem zasiąść w fotelu i mieć tą pewność, że film dostarczy nam wrażeń na odpowiednio wysokim poziomie. Tony, dobierając sobie aktorów, chyba z góry założył, że główną rolę zagra jakiś czarnoskóry aktor, gdyż w większości jego filmów tak właśnie jest. Dowodem są: „Człowiek w ogniu”, „Karmazynowy przypływ” (Denzel Washington), „Wróg publiczny” (Will Smith), Gliniarz z Beverly Hills II (Eddie Murphy), czy „Fan” z Wesley Snipes. Dobór tych właśnie aktorów daje murowany sukces filmowi, a „Deja vu” jest tego najlepszym przykładem. Dzieło Scotta trzyma w napięciu, a oryginalny pomysł nie pozwala widzom nawet na odrobinę nudy. Oglądając z zaciekawieniem i z niecierpliwością, czekamy na zaskakujący koniec, a przyznam, że warto. Aktorzy się spisali, zdjęcia niczego sobie, mała ilość efektów specjalnych, co w sumie daje efekt dobrego kina. Każdy z nas doświadcza zjawiska deja vu, lecz szybko o nim zapomina i żyje dalej. Z tym filmem jest jednak inaczej, bo zostawia trwały ślad w naszej pamięci. Dziś, wczoraj jest już nieważne, tak jak czas poświęcony na pisanie tej recenzji. Liczy się chwila obecna i przyszłość. Pamiętajmy, że życie to nie film i jesteśmy kowalem własnego losu, ze świadomością, że nie mamy wpływu na czas przeszły. A szkoda, bo można by wiele zmienić i naprawić, tak jak w „Deja vu”.
Autor recenzji: Łukasz 'zgrud' Grudzień |
|
|||||