|
|
Demon: Historia prawdziwa
Psychoanalityczna breja Historie o duchach to smakowity kąsek, zwłaszcza wtedy, gdy są osadzone w dawnych czasach takich jak XIX wiek. Obraz ma wtedy większy potencjał, z uwagi na to, że staje się tajemniczy, mroczny i „klimatyczny”. A jeśli jest on jeszcze oparty na faktach, to nie ma bata, żeby się nie udał. Tak właśnie miało być z filmem Courtney Salomona „An American Haunting”, co na polski zostało przetłumaczone jako „Demon: Historia prawdziwa” (swoją drogą należy wyrzucić tłumacza na zbity pysk za to, że nie potrafi tłumaczyć najprostszych tytułów, tylko wydziwia jak stara panna – ale to tak na marginesie). Film opowiada historię, która wydarzyła się naprawdę na początku XIX wieku w Stanach Zjednoczonych. Otóż farma rodziny Bellów w stanie Tennessee, była przez dwa lata nawiedzana przez ducha, w wyniku czego jeden z członków rodziny zmarł. Wspomniany demon upodobał sobie szczególnie córkę państwa Bellów – Betsy. Jest nawiedzenie przez ducha, opętanie, śmierć, ba! – jest
nawet gwiazdorska obsada: mamy tu bowiem Donalda Sutherlanda i Sissy Spacek,
stare wygi amerykańskiej kinematografii. Trzeba przyznać, że zagrali dość dobrze
swoje role i praktycznie nie można im tu niczego zarzucić. Muzyka też jest dobra
i pasuje do ogólnego klimatu obrazu. Do tego dochodzą efekty specjalne, również
na wysokim poziomie. Zatem hit murowany. Tylko patrzeć i podziwiać z szeroko
otwartymi ustami. Widz nic innego robić nie może, jak tylko obgryzać ze strachu
paznokcie. Co więcej, technika wykonania zdjęć jest całkiem niezła. Film jest
utrzymany w przeważającej części w tonacji zielonej, w pewnym momencie, żeby
zaznaczyć obecność złego ducha, zdjęcia zmieniają się na czarno-białe, aby potem
stać się znowu kolorowe i tak chwilami w kółko. W mojej opinii to dość ciekawy
sposób realizacji, chociaż trochę mi się to „gryzło” z XIX-wiecznymi klimatami. Jednakże ośmielę się powtórzyć pytanie: czy zatem „Demon: Historia prawdziwa” jest murowanym hitem, od którego nie można oderwać oczu? Okazuje się, że nawet tak wspaniały potencjał, jaki wymieniłem, można w brutalny i kretyński sposób zmarnować. Dotyczy to zakończenia filmu*. Chociaż, jeśli ogląda się to dzieło uważnie od samego początku, można mieć poważne wątpliwości co do słuszności takiego wyjścia z sytuacji. Nieścisłości fabularne są tak wielkie, że na myśl przychodzi mi „Zakonnica” Luisa De La Madrida. Z „Demona…” wyszła psychoanalityczna breja, w którą na dodatek „wciśnięto” współczesny problem Ameryki, jakim są afery pedofilskie. W swojej warstwie fabularnej obraz Salomona przywodzi na myśl „Gothikę” Kassovitza z Halle Berry. Ale o ile w „Gothice” finał był logiczną konsekwencją fabuły, i można było zgodzić się z takim rozwiązaniem, o tyle w „Demonie…” podobne wyjście jest zupełnym nieporozumieniem i razi ono elementarnym brakiem jakiejkolwiek logiki. Pozostaje jedynie siąść, płakać i śpiewać „Gorzkie Żale”. „Demon: Historia prawdziwa” zapowiadał się na niezły,
klimatyczny horror o nawiedzeniu i opętaniu. Jak już wspominałem, miał on w
sobie niesamowity potencjał aby stać się naprawdę ciekawym dziełem. Niestety
twórcy filmu zawiedli na całej linii. Fabuła leży jak kłoda w lesie i ani myśli
się ruszyć, by w jakikolwiek sposób zaciekawić widza. Okazuje się bowiem, że
wszystko można wytłumaczyć racjonalnie poprzez psychoanalizę. Niestety, „Demon…”
jest przykładem na to, że kino amerykańskie nie poradziło sobie z freudowską
wizją człowieka, że w jakimś sensie ta koncepcja stała się swoistego rodzaju
dogmatem, którego kinematografia za Atlantykiem chyba nigdy nie porzuci i będzie
jej bronić jak niepodległości. A, szkoda, bo są o wiele ciekawsze koncepcje
antropologiczne a rzeczywistość jest o wiele bardziej fascynująca niż to próbują
nam wcisnąć liczni filmowcy. Niestety (a może: „stety”), nie jestem w stanie tej
maniery zrozumieć i wątpię, żebym kiedykolwiek ją do końca zrozumiał. Ocena: 3/10
Autor recenzji:
Paweł Głód |
|
|||||