| |
|
Dom woskowych ciał
 |
Tytuł oryginalny: House of Wax
Reżyseria:
Jaume Serra
Scenariusz:
Carey Hayes,
Chad Hayes
Zdjęcia:
Stephen F. Windon
Muzyka:
John Ottman
Produkcja: USA/Australia
Gatunek: Horror
Data premiery (Świat): 06.05.2005
Data premiery (Polska): 12.08.2005
Czas trwania: 113 minut
Obsada: Elisha Cuthbert, Chad Michael Murray, Brian Van Holt,
Paris Hilton, Jared Padalecki, Jon Abrahams, Robert Richard
|
Suma
wszystkich slasherów
Życie miłośnika horrorów w XXI wieku nie jest piękne. Trzeba przyznać, że współcześni widzowie zaczynają powoli zapominać o tym, co to
strach, co to znaczy drzeć z przerażenia. Czasem jednak z wielkim zaciekawieniem bierzemy się za jakiś "świeży
produkt". No tak, prawie w każdym z takowych przypadków
kończy się seans z uczuciem zawodu i trudno nie odnieść wrażenia typu "gdzieś
już to widziałem". Za "Dom woskowych ciał" wziąłem się bardzo szybko.
W końcu jakby
nie było zawsze ma się ten mały promień nadziei...
Fabuła filmu przedstawia się następująco. Grupa nastolatków wybiera
się na długo oczekiwany mecz. Należą do niej Carly, Nick, Paige, Wade, Blake i
Dalton. Podczas tejże wycieczki postanawiają się zatrzymać na nocleg gdzieś na
jakimś odludziu. Wiadomo, że czeka ich niezła impreza. Piękne panie stanowią
chyba wystarczającą rekomendację. Zatem będzie się działo... Oczywiście wszyscy
czekają z niecierpliwością na wyczekiwany mecz futbolowy. Rankiem jednak
zrzednie im mina, bowiem dziwnym trafem będą mieli problemy z jednym, z
samochodów. Pojawia się więc poważny problem... Skąd wziąć części? Gdzie jest
najbliższe miasto? Z pomocą przybywa pewien osobnik, który wydaje się być
tutejszy. Wraz z nim udają się do Ambrose. Z pozoru nudnego, szarego,
opuszczonego miasteczka, które ma jednak wielką atrakcję - muzeum figur
woskowych...
"Dom woskowych ciał" jest nową wersją "Gabinetu figur
woskowych", filmu z 1953 roku. Reżyser podszedł jednak do tematu bardzo luźno i
bynajmniej nie czerpie z klasyka garściami. Nie zamierzam tu tworzyć
jakichkolwiek porównań, ani niczego podobnego. Jako ciekawostkę przytoczę
jedynie fakt, że morderca z "Domu woskowych ciał" swoje imię zawdzięcza
Vincentowi Price, aktorowi występującemu w poprzedniej wersji. Takich nawiązań
będziecie jeszcze mieli okazję odnaleźć kilka, niemniej jednak tylko nieliczni
mają podstawy ku temu, aby ich szukać...
W mediach na temat "House of Wax" krążyły praktycznie
wyłącznie nieprzychylne opinie. Ja jednak uważam, że na filmie można pozostawić
suchą nitkę, a nawet kilka. Przede wszystkim trudno mówić o aktorstwie w jakimś
podsumowaniu. Aktorzy podzielili się powiem na dwie grupy. W pierwszej znajduje
się Elisha Cuthbert i Chad Michael Murray, zaś w drugiej cała reszta z Paris
Hilton na czele. Owa pani nie ma nawet zadatków na aktorkę, no chyba, że
będziemy mówić o nieco innym gatunku. Zresztą panna Hilton powiedzmy sobie
szczerze nawet w swojej kuszącej, czerwonej bieliźnie wypada blado na tle znanej
nam głównie z "24 godzin" i "Dziewczyny z sąsiedztwa" Elishy Cuthbert.
Padnie pewnie pytanie, czy podczas trwania filmu będą momenty
wciskające w fotel. Ja odpowiadam nań jak najbardziej twierdząco. Będą z
pewnością osoby trwające w przekonaniu, że zamiast strachu pełno tu momentów po
prostu niesmacznych. Ja jednak uważam, że cała ta napięta sytuacja, nieustanne
oczekiwanie na, wydawać by się mogło, nieuchronną śmierć budzi uczucie uwielbiane
przez tych, którzy lubią historie z dreszczykiem. Tych scen wywołujących niesmak
też będzie kilka, niemniej nie ma się czego obawiać. Do gore jeszcze daleka
droga, a może ja po prostu jestem przyzwyczajony do takich elementów?
Od strony technicznej również trudno mieć zastrzeżenia.
Efekty specjalne i zdjęcia Stephena Windona stoją na naprawdę wysokim poziomie.
Po tym, jak bohaterowie będą kończyć przygodę w tytułowym domu możecie być wręcz
oszołomieni. Mocnym punktem jest również muzyka Johna Ottmana, która pomaga w
budowaniu tak niezmiernie ważnego dla filmu nastroju. Imponująca jest ponadto
scenografia, a konkretniej mówiąc gabinet figur woskowych. Zresztą nie ma się
czemu dziwić. W końcu na jego potrzeby, zużyto około 20 ton wosku, a 35 artystów
pracowało nad nim przez 7 miesięcy, po dwanaście godzin dziennie.
W tej chwili zapewne wiele czytelników odniesie wrażenie, że
moje zdanie jest raczej pochlebne. Niestety nie omówiłem jeszcze kilku
niezmiernie ważnych spraw. Przede wszystkim film jest wręcz naiwny, bowiem
młodzi bohaterowie robią praktycznie wszystko, aby wpakować się w kłopoty.
Właściwie już na początku zbaczają na drogę, której nie ma na GPS, a później
robią kolejną serię głupstw, przez co wręcz proszą się o spotkanie z
"sympatycznym" zabójcą. Krótko mówiąc chwilami możemy czuć się, jak scenarzyści,
bowiem film jest do bólu przewidywalny, a głupota bohaterów aż boli.
Podsumowując muszę przyznać, że "Dom woskowych ciał" nie jest
wcale filmem na wskroś tragicznie złym. Owszem widziałem całe multum lepszych
dreszczowców, ale jeśli wieczorem chcemy po prostu odreagować, to okaże się on
bardzo ciekawą propozycją. Porównując do innych amerykańskich filmów grozy z
ostatnich kilku lat można być choć trochę zadowolonym. Całość ma bowiem trochę
swoistej magii lat '80. Oczywiście wielkim minusem jest pisany na kolanie
scenariusz. To on sprawia, że miłośnicy slasherów będą po prostu pokładać się ze
śmiechu. Patrząc jednak z innej strony muszę przyznać, że sam omawiany gatunek
mocno trąci schematem. Jak się będziemy bawić? To zależy od tego czy przymkniemy
oko na takie właśnie fabularne szczegóły. Zresztą nie od dziś wiadomo, że
podstawą porządnego filmu jest dobry scenariusz. Nie ma dobrego scenariusza, nie
ma dobrego filmu. Niby prosta sprawa, ale minie wiele lat zanim hollywoodzcy
producenci pojmą w czym rzecz...
Ocena: 6/10
Autor recenzji: Michał 'Dusqmad' Jaglarz

Skomentuj recenzję
|
|
|