|
|
Dreamgirls
Chyba nie ma wśród nas osoby, która nigdy nie marzyła o wielkiej karierze, tłumach wielbicieli i zdobyciu Oscara przed ukończeniem osiemnastego roku życia. To naturalne, że chcemy realizować się w sferach, w których praca dawałaby nam nie tylko pieniądze, ale i poczucie, że robimy coś, co kochamy. Pragną tego również członkinie żeńskiego tria „The Dreamettes.” Effie, Deena i Lorrell, mimo licznych prób, nie mogą się wybić do szerszej publiczności. Podczas jednego z konkursów spotykają menagera, Curtisa Taylora, który załatwia dziewczynom angaż będący ich szansą na wielką karierę. Gdy dziewczyny dostają własny występ, Taylor postanawia, że to piękna Deena będzie główną wokalistką. Do tej pory miejsce to należało do Effie, która oprócz potężnego głosu jest właścicielką kilku dodatkowych kilogramów. Effie opuszcza zespół, który zaczyna piąć się po szczytach list przebojów. Musical „Dreamgirls” jest bardzo luźno oparty na historii życia jednej z największych gwiazd muzyki, Diany Ross. Wokalistka w latach 60. świeciła tryumfy jako liderka „The Supremes,” później kontynuowała karierę solową, sprzedając łącznie ponad 100 milionów płyt i stając się prawdziwą ikoną showbiznesu. Kiedy byłem mały, nienawidziłem musicali. Zmieniło się to
kilka lat temu, kiedy zobaczyłem legendarny „Kabaret.” Byłem zachwycony tym
obrazem na tyle, że od razu szukałem innych filmów tego gatunku. Zacząłem
zupełnie inaczej patrzeć na tego typu obrazy, natomiast „Moulin Rogue” z Nicole
Kidman rzucił mnie na kolana i do dziś jest jednym z moich ulubionych filmów.
Dlatego, gdy tylko dowiedziałem się o „Dreamgirls,” od razu uważnie śledziłem
pochód filmu przez kolejne nagrody. Po licznych nominacjach do Złotych Globów i
Oscarów wiedziałem, że tego obrazu nie mogę przegapić. Autorem filmu jest nie byle kto, bo sam Bill Condon, scenarzysta „Bogów i potworów” (Oscar za scenariusz adaptowany) i nagrodzony sześcioma statuetkami „Chicago,” a także reżyser i scenarzysta głośnego „Kinsey.” Condon ma doświadczenie zarówno przy tworzeniu musicali jak i inteligentnych dramatów. Swoim najnowszym filmem udowadnia, że nawet tak wszechstronnym ludziom zdarzają się słabsze filmy. „Dreamgirls” jest bowiem niczym więcej, niż kolejną opowieścią o drodze na szczyt (często po trupach), dyskryminacji ze względu na wygląd, o tym, jak sukces kładzie kres przyjaźni i w końcu o tym, że swoje błędy zawsze warto naprawić (na to nigdy nie jest za późno). Oscarowy rekordzista pod względem nominacji w roku 2007 fabularnie zawodzi i ckliwość kilku scen z pewnością przywoła na wasze twarze uśmiech. Reżyser nie umiał podjąć wyświechtanego tematu w sposób nadający mu zupełnie nowe możliwości (Luhrmannowi się udało). O ile „Chicago” braki w fabule nadrabiało dowcipem, to „Dreamgirls” jest jednak, bądź co bądź, dramatem, w stosunku do którego mamy większe wymagania. Te niedociągnięcia schodzą, jednak na dalszy plan w zderzeniu z musicalową otoczką, którą znajdujemy podczas seansu. „Dreamgirls” to bowiem bezapelacyjny sukces w tym, co w
musicalu się liczy najbardziej – w piosenkach. Od dawna w jednym filmie nie
udało się zgromadzić tylu fantastycznych kompozycji i jestem pewien, że nie
znajdzie się osoba, której chociaż jedna z nich nie przypadnie do gustu.
Kompozycje mają niezłe teksty i świetną muzyką, co w połączeniu z wokalami (m.
in. Beyoncé), scenografią i kostiumami daje niesamowity efekt. Z piosenek, które
możemy usłyszeć podczas filmu, mi najbardziej spodobała się „Listen” i mam
ogromną nadzieję, że dostanie Oscara. Szanse mają również dwa inne utwory i
jeden z nich musi zwyciężyć. Soundtrack z filmu będzie z pewnością jedną z
najciekawszych płyt tego roku. Scenografia i kostiumy to w musicalach rzecz niezwykle ważna i w „Dreamgirls” jest czym nacieszyć oko. W kostiumach do kilku rzeczy mógłbym się przyczepić (podobnie jak przyczepiałem się do kostiumów w „Chicago”), bardziej spodobała mi się scenografia. I chociaż nie życzę ich twórcom Oscarów, to warto w kinie zobaczyć efekt, jaki tworzą. Na koniec zostawiłem sobie ważną kwestię, a mianowicie
aktorów. Film startuje w dwóch kategoriach aktorskich. Eddie Murphy pozytywnie
mnie zaskoczył, jednak wciąż nie jest to oscarowa rola i jeśli wygra, będzie to
wielka pomyłka, bo to wciąż tylko dobra rola. Lepszą i trudniejszą kreację
stworzył Jackie Earle Haley i z trzech nominowanych ról, jakie do tej pory
widziałem, jest zdecydowanie najlepszy. Paradoksalnie, mimo że film Condona jest najsłabszy z tych oscarowych propozycji, które do tej pory widziałem, to mi spodobał się najbardziej. Oscar za piosenkę musi być, w innych kategoriach moim zdaniem są godniejsi rywale. Podsumowując wszystko o „Dreamgirls” - to przeciętny film
wybijający się dzięki garści wspaniałych piosenek, dobrym aktorom i bardzo
dobrej technicznej stronie. Dla miłośników musicali pozycja obowiązkowa. Ktoś
może powiedzieć, że wystarczy kupić soundtrack i wycieczka do kina nie jest
konieczna. Jednak na wizycie w kinie nie stracicie. Przecież można mieć jedno i
drugie.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||