Siódma pieczęć

Tytuł oryginalny: Sjunde inseglet, Det (Seventh Seal, The)
Reżyseria: Ingmar Bergman
Scenariusz: Ingmar Bergman
Zdjęcia:
Gunnar Fischer
Muzyka: Erik Nordgren
Produkcja: Szwecja
Gatunek: Dramat/Fantasy
Data premiery (Świat): 16.02.1957
Data premiery (Polska): 05.07.2007
Czas trwania: 96 minut
Obsada: Gunnar Björnstrand, Max von Sydow, Bibi Andersson, Nils Poppe, Bengt Ekerot, Inga Gill, Maud Hansson, Inga Landgré
 

 Kwestia istnienia Boga była rozważana od czasu, kiedy człowiek zaczął tworzyć religijną ideologię. I już na samym początku pojawia się pytanie, skąd ta wiara? Freud pisze w swoich dziełach, iż człowiek potrzebuje oparcia żyjąc w świecie pełnym zła, stąd jego wyobrażenie o sprawującym opiekę Bogu. Jednak każda osoba, która identyfikuje się i ufa religii, ma zupełnie inne zdanie. Widzi w niej duchową podporę i cały czas podkreśla znaczenie wiary, której tajemnicy człowiek nie jest w stanie obnażyć. Nasuwa się więc konstatacja o maksymalnie rozbieżnych odpowiedziach na postawione pytanie. Ale to dopiero początek. Jeśli chodzi o problem sensu, jaki tkwi w oddawaniu czci boskiej sile, to z tym tematem można spotkać się w wielu traktatach filozoficznych, wierszach, powieściach i innych gatunkach literackich (pomijając już postawę oraz zdanie samych wierzących). Jak wiadomo nie każda epoka była przychylna roztrząsaniu tej spornej kwestii. Mroczny okres średniowiecza, w którym wierność wobec chrześcijańskiego Stwórcy była sprawą nadrzędną, a topos memento mori towarzyszył ludziom na każdym kroku ich życia, jest momentem w historii, gdzie ciężko doszukiwać się metafizycznych bojów i wewnętrznych rozterek w ludzkich umysłach. Przeglądając teksty źródłowe na temat tej epoki, najmocniej w oczy rzuca się zacofanie, wyprawy krzyżowe, asceza oraz bezwzględne oddanie się Najwyższemu. Jednak okazuje się, że na tle tak ograniczonej epoki można stworzyć ambitny obraz, w którym zawarte jest nurtujące ludzi od wieków, jednak nie zawsze głośno wypowiadane, pytanie. Tylko trzy słowa, a wywołują tyle emocji – czy Bóg istnieje? Wielu próbowało odpowiedzieć, stąd deizm, ateizm, czy agnostycyzm. Trzeba zaznaczyć, że pytanie o Boga, to coś bardzo osobistego i spora część ludzi nie lubi poruszać tej sprawy na forum publicznym. Jednak w sierpniu 1918 roku przychodzi na świat człowiek, bez którego nie można sobie dziś wyobrazić historii filmu, mistrz dramatów psychologicznych oraz kina artystycznego.
I właśnie pochodzący ze Szwecji reżyser, poświęcając przyszłość swojej kariery filmowej, bez żadnych oporów przedstawia całemu światu własny i subiektywny pogląd na wciąż zadawane pytanie.

 

Ingmar Bergman, bo oczywiście o nim mowa, to jeden z tych reżyserów, o których będzie się pamiętać. Poszedł drogą horacjańskiego toposu exegi monumentum (ze zmianą poezji na kino) i swoimi cudownymi filmami, już za życia, znalazł się w panteonie najwybitniejszych ludzi kinematografii. Jego umiejętności filmowe to prawdziwy ewenement, artyzm wywindowany na najwyższy poziom. Każdy, kto miał okazję zetknąć się z jego filmami, wie, że w moich słowach nie ma żadnej mitologizacji tylko racjonalna ocena kunsztu szwedzkiego reżysera. Produkcji Bergmana, które zachwycają tak samo jak 50 lat temu, jest sporo. Ja akurat chciałbym się skoncentrować na filmie pochodzącym z 1957 roku „Siódma Pieczęć”.

Na samym początku, warto zwrócić uwagę na tytuł, ponieważ wywodzi się on z Biblii, a konkretnie z Apokalipsy św. Jana. Wedle objawień apostoła, chodzi o Siedem Pieczęci na księdze trzymanej w rękach Chrystusa. Zerwanie każdej z nich ukazuje następujące po sobie ery, które dzielą nas od ponownego przyjścia Jezusa, co jest równoznaczne z Dniem Sądu Ostatecznego. Zniszczenie pieczęci wiąże się z konkretnymi wydarzeniami na świecie i są symbolicznie przedstawione w Biblii. Próbując dokładnie rozwikłać zagadkę tytułu filmu, sięgnąłem do tekstów traktujących o Apokalipsie i dowiedziałem się, że obecnie ludzkość znajduje się przed otwarciem ostatniej, Siódmej Pieczęci. Warto tu przytoczyć cytat rozpoczynający film: „A gdy Baranek otworzył Pieczęć Siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny”. Tadeusz Szczepański doszedł do wniosku, że, mimo iż akcja filmu rozgrywa się na przestrzeni jednej doby, to jej czas można potraktować jako te „pół godziny”. Na poparcie swojej tezy, przytacza nastanie ciszy, jaka towarzyszyła pojawieniu się Śmierci (początek filmu). Jednak sprawa nie jest taka prosta. W opozycji do tego, co mówi Szczepański można odwołać się do scen filmu, w których niektórzy doszukują się metaforycznych zerwań kolejnych Pieczęci. Ale i to jeszcze nie koniec. Kolejną negację tej tezy można wywnioskować ze strony czasowej. Czas proroczy obliczany według zasady „dzień za rok” pozwala myśleć, że „cisza w niebie” nie będzie trwała 24 godziny, ale około 7 dni. Dla równowagi trzeba przybliżyć podstawy założeń, które mówią o pojawiających się w filmie innych Pieczęciach. Cały symboliczny proces odbywający się w objawieniu św. Jana, został dokładnie określony chronologicznie, wraz z datami i wyszczególnionymi wydarzeniami. I tak oto, zjawiska towarzyszące zerwaniu Szóstej Pieczęci, za które w filmie uważa się straszliwą burzę, miały miejsce kolejno: w 1755 roku (wielkie trzęsienie ziemi), 1780 roku ( wielkie zaćmienie słońca i księżyca) oraz w 1833 roku (deszcz meteorytów). Czas akcji produkcji Bergmana nie jest ściśle określony, ale na pewno rozgrywa się we wczesnym średniowieczu, a przecież wymienione przed chwilą daty są odległe od tej epoki.

 

Sam tytuł przysporzył mi wielu trudności interpretacyjnych i nie znalazłem konkretnego rozwiązania. Dlatego nie chcę się już w tę kwestię zagłębiać. Zresztą to zdradza nam przeogromny potencjał dzieła Bergmana, a zarazem wskazuje z jak ambitnym kinem mamy do czynienia. No a teraz najwyższy czas, aby w końcu przejść do treści oraz formy filmu.

Już w warstwie fabularnej spotykamy się z nowatorstwem na najwyższym poziomie. Rycerz Antonius Block, dręczony zwątpieniem w istnienie Boga, powraca z krucjaty, na której spędził 10 lat i spotyka na swojej drodze Śmierć, mającą zamiar skończyć jego żywot. Przed wypełnieniem powinności Antonius proponuje pojedynek szachowy od wyniku, którego będzie zależeć jego życie. Zarazem ma nadzieję, że jego przeciwnik będzie w stanie odpowiedzieć na męczące go pytania oraz oddalić jego wątpliwości na temat istnienia Boga. Śmierć przyjmuje wyzwanie i w ten sposób rozpoczyna się jeden z najbardziej refleksyjnych obrazów kinowych, z jakimi miałem do czynienia.

Patrząc na grę aktorską, ciężko powiedzieć o niej dobra lub zła ze względu na jej ekspresjonistyczny charakter. Abstrahując od wizerunku tego nurtu w literaturze i malarstwie, to w filmie najbardziej kojarzy się z czasami kina niemego. Jak wiadomo wartość ekspresjonistyczna była wtedy nadrzędna, ponieważ brak dźwięku nie pozwalał na przekazanie emocji słowami, czy sposobem mówienia. W tym wypadku ocena kreacji, jakie podziwiamy w filmie, jest jeszcze bardziej subiektywna. Wszystko zależy od naszych upodobań w kwestiach kategorii estetycznych, bo przecież komuś, kto nie lubi ekspresjonizmu, nigdy nie spodoba się rola z jego elementami. Zresztą, im lepiej wykreowana postać w tym nurcie, tym większe niezadowolenie ze strony nieprzychylnie nastawionego odbiorcy. Nie chcąc zrazić niektórych osób do twórczości Bergmana, od razu powiem, że w jego filmach nie ma dominującej kategorii. Swobodnie kieruje aktorami w sposobie odgrywania danej roli. W tej kwestii jest prawdziwym magikiem. Jako dowód można przytoczyć „Godzinę Wilka”, gdzie rodzaj aktorstwa to zupełne przeciwieństwo „Siódmej Pieczęci”.

 

Jedną z najmocniejszych stron filmu jest jego niesamowity scenariusz. Momentami mistyczny, przejmujący, poruszający, a za chwilę pełen groteski. Cały zabieg wymieszania gatunków jest przeprowadzony perfekcyjnie, więc nie ma mowy o jakiejkolwiek irytacji ze strony widza. Reżyser decydując się na taki krok, podejmował spore ryzyko, ponieważ mógł naruszyć głęboką treść filmu. Ale zamiast zepsuć, tylko potwierdził swoją klasę. Najbardziej podobały mi się dialogi między Śmiercią i rycerzem, w których możemy znaleźć dosłownie wszystko. Zaczynając od lekko humorystycznych akcentów, poprzez czysto egzystencjalne, a kończąc na eschatologii.
I jeśli ktoś myśli, że w tych rozmowach pojawi się choćby najmniejszy cień kiczu, czy przewagi formy nad treścią, to jest w dużym błędzie. Cały scenariusz został okryty wyrafinowaną estetyką w kreowaniu, której mistrzem jest Akira Kurosawa. Nie da się powiedzieć, kto operuje lepiej tym zabiegiem, ponieważ obydwaj panowie prezentują tak wysoki poziom, że nie ma mowy o jakiś porównaniach. Jednak mając na uwadze nazwisko japońskiego reżysera, to jego twórczość jest bardzo mocno kojarzona z wyżej wymienioną estetyką, (która w jego filmach dominuje w prawie wszystkich aspektach). Natomiast, jeśli chodzi o Bergmana, to krytycy nazywają go „filmowym psychiatrą”.

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że filmografia szwedzkiej legendy jest dzielona na dwie części: pierwsza to rozprawa z Bogiem (opisywana „Siódma Pieczęć”), w następnej poddaje głębokiej analizie osobowość człowieka oraz kontakty międzyludzkie. Na pewno słowo psychiatria czy psychologia bardziej kojarzy się z drugą fazą jego twórczości, ale już wcześniej dają znać o sobie psychoanalityczne cechy jego filmów. Nie inaczej jest z „Siódmą Pieczęcią”, która poprzez wyraziste ukazanie postaci, a także wyeksponowanie rozterek głównego bohatera, staje się dramatem psychologicznym o najwyższej formie. Do tego trzeba dodać kwestie czysto techniczne, np. świetną grę światła i cienia, która potęguje tajemniczy oraz delikatnie zabarwiony surrealizmem klimat.

Osadzając akcję w okresie średniowiecza, Bergman doskonale wiedział, co robi. Pozwoliło mu to na prześmiewcze ukazanie stosunku człowieka do religii. Groteskowo i ironicznie przedstawił mentalność ówczesnego społeczeństwa. Hiperbolizując wypowiedzi mieszkańców wioski, których nadrzędnym tematem jest strach przed Sądem Ostatecznym, pogłębił drwinę na ich temat. To wszystko widać także w bezsensownej procesji pokutniczej oraz w bezpodstawnym skazaniu na śmierć kobiety, która rzekomo jest wiedźmą i ma kontakty z szatanem. Jednak reżyser w swoich rozważaniach idzie krok dalej. Zajmuje się czystą formą wiary, bez mieszania w nią człowieka. Jego konkluzja jest bardzo pesymistyczna, ale na pewno nie nowa, ponieważ dekadentyzm, czy egzystencjalizm (wyłączając Kierkegaarda) już wcześniej głośno mówił o pustce, która czeka nas po śmierci. Bergman do przedstawienia swojego poglądu posłużył się bardzo dramatyczną i przejmującą sceną. Podczas dokonywania egzekucji Tyan (spalenie na stosie), której świadkami był Block wraz z Jonsem, giermek pyta Antoniusa czy widzi w oczach wiedźmy jakąś nadzieję na życie po śmierci, czy zbliża się ona do Boga. Rycerz widzi jedynie przerażenie. Należy podkreślić, że u głównego bohatera nie pojawia się żaden prometeizm, chce wierzyć w Boga, ale jego wątpliwości zwyciężają. Nawet Śmierć, z którą toczy pojedynek szachowy, nie jest w stanie mu powiedzieć, co go czeka po drugiej stronie.

 

Partia szachowa to główny temat „Siódmej Pieczęci” i właśnie tutaj ukrywa się główne przesłanie. Cała rozgrywka jest podzielona na trzy części. Na początku nikt nie zyskuje zdecydowanej przewagi, ale Antonius jest przekonany, że wygra ze Śmiercią. Tuż przed drugim starciem Block spędza czas wśród wędrujących aktorów, którzy są dla niego bardzo życzliwi. Wtedy zauważa jak wspaniałe jest życie w towarzystwie takich ludzi. Jest to jedna z kluczowych scen filmu. Zasiadając do szachownicy jest pełen chęci
do życia, zresztą Śmierć zastanawia się, dlaczego emanuje taką energią. I podczas rozgrywki rycerz zyskuje sporą przewagę, jest nawet bardzo bliski wygrania partii. Sprawa zmienia się pod koniec filmu, gdy Jon (jeden z aktorów) na widok Śmierci grającej w szachy od razu zabiera swoją rodzinę i opuszcza głównego bohatera. Nie martwią się oni o jego los, a Antonius zauważa, że ideały bezinteresowności, czy wzajemnej pomocy legły w gruzach. W tym momencie Śmierć wyprowadza ostatni ruch i wygrywa.

Mógłbym pisać o tym filmie jeszcze bardzo dużo, ponieważ nie poruszyłem wszystkich kwestii (jak choćby barokowej marności człowieka), ale najlepszym wyjściem będzie po prostu zobaczenie tej produkcji, żeby wysnuć własną interpretację. „Siódma Pieczęć” prowadzi bowiem do różnych wniosków, już taka specyfika filmów Szweda. Jednak wydaje mi się, że każdy, kto miał przyjemność tę produkcję widzieć, zgodzi się, że Ingmar Bergman nie dokonuje całkowitej desakralizacji świata. Owszem, odrzuca Boga i utopię, która czeka na nas po śmierci, ale jednocześnie pokazuje, że sacrum możemy odnaleźć w innym człowieku. Niestety, człowiek nie jest doskonały, dlatego w kontaktach z innymi musimy być przygotowani na sporo gorzkich rozczarowań.
 

Autor recenzji: Karol 'Kirk' Janusz   
 
 


Skomentuj recenzję