Anna Archer

Trzeba się zgubić, by trafić w miejsce, którego nie można odnaleźć. W przeciwnym razie każdy wiedziałby, gdzie go szukać.

Mail: annarcher@wp.pl
gg: 3072384
Miejsce zamieszkania: wiecznie w drodze, obecnie nad Bałtykiem
Data urodzenia: zapomniana (proszę, nie! :D mam z 800 lat, jestem wiedźmą!)
W serwisie od: 15.05.2008
Funkcja w serwisie: redaktor

Filozofia: Termin tak dla mnie pojemny, że niebezpiecznie jest go przy mnie wymawiać – grozi słowotokiem ;). Filozofowanie to – odkąd pamiętam – moja podstawowa funkcja życiowa, obok jedzenia czy spania. Jeśli chodzi historię myśli, najbliższe są mi idee plotyńskie oraz współczesna filozofia dialogu, zwłaszcza reprezentowana przez Martina Bubera (myśli nie rozwijam w obawie o ciężki słowotok). A moja filozofia życiowa? Szklankę mam zawsze do połowy pełną.
Zainteresowania: Jestem z natury ciekawska i nigdy nie wiadomo, co mnie zainteresuje. Kiedy się już za coś biorę, to z pasją – bez względu na to, czy chodzi o skomplikowane operacje na plikach video, czy o pieczenie sernika. Do najtrwalszych zainteresowań należy jednak kino oczywiście, filozofia – w teorii i praktyce ;), ludzie (czyż nie są fascynujący?!) i muzyka (to ostatnie to nie tyle hobby, co odżywka).
Muzyczne upodobania: Jest kilka odległych miejsc na muzycznej mapie, w których czuję się najlepiej. Muzyka filmowa, która stanowi niemały procent mojej filmowej pasji. Znajomi powiadają nawet niekiedy, że ja filmów słucham. Rock progresywny w klasycznym wydaniu, czyli floydowe suity czy jazzujący Van Der Graaf Generator. Celtyckie brzmienia, zwłaszcza w wykonaniu starego składu Clannadu. Polska poezja śpiewana, najchętniej przez Kasię Groniec lub Grzegorza Turnaua, czy do tekstów Agnieszki Osieckiej. Nie zapuszczam się nigdy na obszary współczesnej radiowo-telewizyjnej sieczki. W ogóle wydaje się, że całą muzykę dla mnie już nagrano. Dziś oczarować mnie może chyba tylko Radiohead czy Nick Cave. I ścieżki dźwiękowe do kolejnych wspaniałych filmów.

Ulubione filmy: trylogia „Piraci z Karaibów”, „The Libertine”, „Amelia”, „Czekolada”, „Braveheart”, „Sin City”, “Sweeney Todd: Demoniczny Golibroda z Fleet Street”, “Hair”, „American Beauty”, “Podwójne życie Weroniki”
Najgorzej wspominane filmy: Zwykle nie sięgam po takie, które będę źle wspominać. Ostatnimi czasy – nieco wbrew woli – wymęczyłam się na „Tropicielu” i „A właśnie, że tak”.
Ulubieni aktorzy/aktorki: Johnny Depp i Cate Blanchett – za najwyższej próby aktorstwo i nieodpartą magię. Ponadto moją dość długą listę fascynujących aktorów otwierają Benicio Del Toro, Kevin Spacey, Audrey Tautou i Juliette Binoche.
Ulubieni reżyserzy: Cenię twórców europejskich, Kieślowskiego, Hallströma, czy Jeuneta… a z drugiej strony uwielbiam wizjonerskie, niekonwencjonalne kino duetu Tarantino & Rodriguez, Burtona, czy Lyncha.
Ulubieni scenarzyści: Mimo umiłowania dla wielu wspaniałych (niekiedy lepszych czy ambitniejszych) fabuł, na zawsze duet Elliot i Rossio za „Piratów z Karaibów” i pierwszego Shreka”!
Ulubiony gatunek: Zwykle najbardziej zachwycają mnie produkcje, których nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Aczkolwiek przy próbach klasyfikacji (np. w serwisach filmowych) najczęściej przewija się słowo „dramat”.
Ulubiony bohater filmowy: Jack Sparrow – za zaraźliwy rozmach, fantazję, pasję i cele (o innych zaletach nie wspominając ;), Vianne Rocher – za mądrość, siłę charakteru, których się uczę. Amelie Poulain i Robin „Praed” z Sherwood – moje alter-ego.

Moja przygoda z filmem

Przygoda? Związek na całe życie. O tyle doskonalszy od innych, że z pełną gwarancją stabilności z jednej strony i wciąż nowych wrażeń z drugiej ;). Co więcej, im dłużej kino ze mną jest, tym mocniej je kocham...

Nie od razu odkryłam, że nie mogę bez niego żyć. Przeciwnie - przez długie lata lansowałam tezę, że nie jest mi do niczego potrzebne. Oglądanie filmów kojarzyło mi się głównie ze smętnym przesiadywaniem przed telewizorem w weekendowe wieczory. Uwielbiałam chodzić do kina, ale ponieważ nie czekałam nigdy na konkretne filmy i nie miałam o światowej kinematografii większego pojęcia, bilet na seans wydawał mi się finansową ekstrawagancją, na którą pozwalałam sobie dość rzadko. Mimo to, zdarzyło mi się zobaczyć kilka filmów, które nie tylko były ważnym wydarzeniem, wielotygodniową – jak to u mnie bywa – obsesją, ale i wywarły znaczący wpływ na moją osobowość. Należy do nich „Hair”, „Braveheart”, czy „Podwójne życie Weroniki”.

Filmem, który nie tylko definitywnie odmienił (ewoluujący przez lata) mój pogląd na kino, ale i – wybijając z paroletniej rutyny – życie w ogóle, była „Klątwa Czarnej Perły”. Osobliwe, bo preferuję obrazy ambitne, refleksyjne… zaraz, zaraz! „Piraci z Karaibów” są – wbrew pozorom – takim właśnie obrazem. Przynajmniej dla mnie. Barwne, rozpędzone pomysłami i świeżym dowcipem przygody Jacka Sparrow to opowieść w niezwykły sposób łącząca przepyszną rozrywkę z historią, która może zmuszać do myślenia i przewartościowania różnych spraw, czego jestem żywym dowodem. Co więcej, „Piraci” otworzyli przede mną sens pustego dla mnie dotąd pojęcia magii kina. Wszak wszelkich jego dobrodziejstw użyto tu obficie i w najlepszym gatunku - wnikliwe studia (możliwe wreszcie w dobie Internetu i dodatków DVD) materiałów dotyczących kolejnego obrazu, który stał się moją obsesją, otworzyły mi wreszcie oczy na to, jak fascynującą sztuką jest tworzenie filmów. Zakochałam się.

Trudno mi zliczyć filmy, które od tamtej pory wstrząsnęły mniej lub bardziej moim światem, wciągnęły mnie na długo w ekranową rzeczywistość, lub po prostu sprawiły mi wiele wzruszeń i radości. Kino niepostrzeżenie stało się moim lekarstwem na wszelkie zniechęcenie, na letnie uczucia, na brak marzeń, pasji czy weny. Myślę filmami, inspirują mnie, motywują do stawania się lepszym człowiekiem. Fascynacja kolejnymi obrazami pogłębia także moją ciekawość kulis filmowego świata, a ponieważ moją drugą życiową pasją jest pisanie… trafiłam do Filmowa.