|
|
Krytyka krytyki tyka krytyka Muszę przyznać, że przez ostatnie dni z większym niż
zazwyczaj skupieniem i zainteresowaniem śledzę najrozmaitsze serwisy filmowe i
informacyjne. Nie pamiętam, kiedy ostatnio (i czy w ogóle kiedykolwiek) recenzje
filmowe wzbudzały równie silne emocje i były motorem do tak szeroko zakrojonej
dyskusji, która powoli wykracza poza sam światek filmoznawców. Incydenty
związane z Tomaszem Raczkiem i Barbarą Białowąs zapoczątkowały rozmowę nt.
kondyncji polskiego kina, krytyki filmowej i relacji twórca - krytyk - widz.
Dyskusji bardzo ciekawej, jednak momentami pozostawiającej pewien niesmak. Dla
tych, którzy nie wiedzą o czym mówię pozwolę sobie streścić wydarzenia z
ostatnich dni. Tomasz Raczek (którego, nomen omen, bardzo sobie cenię jako
krytyka filmowego) wybrał się do kina na najnowszą polską komedię o wiadomym
tytule. Film na tyle mu się nie spodobał, że zdecydował się opisać swoje
niezadowolenie i odradził czytelnikom pójście do kina na dane dzieło, w czym z
resztą nie był odosobniony. Twórcom filmu się to nie spodobało, więc w "Dzień
dobry TVN" Raczek skonfrontował się ze scenarzystą filmu Piotrem Czają.
Scenarzysta w bezpośrednim starciu został intelektualnie znoakutowany (jeżeli
ktoś chce to zweryfikować, po internecie krąży nagranie programu). To zaś nie
spodobało się producentowi "Kac Wawy", Jackowi Samojłowiczowi tak bardzo, że
postanowił pozwać krytyka za krytykę. Pan Samojłowicz stwierdził, że przez pana
Raczka stracił mnóstwo pieniędzy z ewentualnych biletów i domaga się
rekompensanty za tę szkodę. Światło dzienne ujrzał debiutancki film ww. Pani pt. "Big
love". Film ten na tyle nie spodobał się krytykowi Michałowi Walkiewiczowi, że
również zdecydował się opisać swoje niezadowolenie. Pani Białowąs poczuła się
tym dotknięta i zaproponowała na łamach Filmwebu dyskusje dotyczącą filmu i jego
krytyki (którą to można obejrzeć na koncie Youtube serwisu). Po dyskusji, pani
Białowąs stała obiektem żartów w internecie z powodu jej zachowania i
argumentacji. Moim zdaniem, trudno już będzie jej to przełamać. O ile w ogóle by
chciała. To tyle w kwestii vademecum do mojego felietonu. Na początku chciałbym zaznaczyć jedno - nie poczuwam się do miana krytyka filmowego. Inaczej - nie chcę się poczuwać i nie umiem. Nigdy nie pisałem tekstów do magazynów/portali komercyjnych, recenzje (jeszcze) nie stały się moją pracą i źródłem dochodów. Do poziomu krytyków takich jak Roger Ebert, jeszcze mi daleko. Dlaczego więc pozwalam sobie omawiać temat krytyki filmowej? Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć o sobie, że jestem recenzentem.
Pisałem teksty dotyczące literatury, gier komputerowych i (przede wszystkim)
kinematografii dla kilku e-zinów i portali internetowych. Filologia dała mi
pojęcie nt. gatunków literackich, stylów, historii krytyki (literackiej i
filmowej) i mediów jako takich. Pasjonuje mnie sztuka filmowa jak i reżyseria
(tak filmowa jak i teatralna), przez co staram się pogłębiać swoją wiedzę nt.
temat. Dlaczego jednak przedstawiam czytelnikowi ten wycinek z mojego CV? Nie
jest to chęć przechwalania się (w zasadzie nie ma czym - spore grono studentów
polonistyki z zacięciem filmowym może o sobie powiedzieć to samo co ja), lecz
potrzeba przedstawienia czytelnikowi z jakiej perspektywy i przez pryzmat czego
patrzę na dane sytuacje. Jakie są moje kompetencje, aby zabierać głos w tej
sprawie. Dlaczego ty, drogi czytelniku, miałbyś się przejmować tym co napisałem
poniżej i z jakiej perspektywy powinieneś na to spojrzeć. Ale przejdźmy już do meritum. Zdanie zawarte w tytule pojawia się w wypowiedziach tak pani Białowąs, jak i pana Samojłowicza. Jest to dosyć często spotykana retoryka, mająca na celu postawienie krytyka w opozycji do widza. Tego rodzaju myśl maluje swoisty obraz krytyka kierującego się pobudkami innymi niż widownia, narzucającego swoją wizję świata czytelnikom jego artykułów, snobistycznego i oderwanego od kinowej rzeczywistości. Służy to zdeprecjonowaniu środowiska recenzenckiego w oczach odbiorców i nadaniu mu znamion nieautentyczności. Problem leży w tym, że same podstawowe założenia takiej argumentacji są błędne. Zacznijmy więc od prostego pytania, czym jest krytyka filmowa i w zasadzie czemu
służy. Walkiewicz w swojej dyskusji z Białowąs mówi, że krytyk jest partnerem do
dyskusji dla widza i przewodnikiem, z racji swojej filmowej erudycji. Mogę się z
tym zgodzić, ale połownicznie. Moim zdaniem, krytyk poprzez swoją pracę tworzy
dwie, odmienne od siebie, relacje - z widzem i twórcą. Stwierdzenie Walkiewicza,
że "krytyk nie powinien pouczać filmowca" również jest dosyć rażącym
uproszczeniem. Relację krytyka i widza można określić jako bezpośrednią -
recenzent kieruje swoją wypowiedź do odbiorców danego tekstu kultury,
przedstawia im swoją opinie na jego temat, aby mogli ją zestawić z własnym
gustem, przemyśleć i odnieść się do niej. Kontrastuje z tym relacja pomiędzy
krytykiem a twórcą. Mimo, iż w większości przypadków recenzje nie są skierowane
do ich twórców, są one dla nich dostępne. Twórca ma pełne prawo zignorować
krytyka, jednak często właśnie krytyk staje się swego rodzaju wyznacznikiem jego
artystycznej wartości. Idąc za tym, krytyk ma wpływ przez to dość duży, choć
niebezpośredni, wpływ na twórcę. Z resztą wielu krytyków wcale nie kryje tej
relacji i chęci wpływania na twórców (za przykład niech posłużą takie
osobistości krytyki literackiej jak M. Stala czy K. Uniłowski - odchodząc na
chwilę od krytyki stricte filmowej). Tak więc, czy krytyk powinien starać się wpłynąć na twórców? Moim zdaniem,
jeżeli czuje się na siłach pod względem swojej wiedzy i umiejętności, jak
najbardziej. Warto zauważyć jedną rzecz - wykorzystanie przez Walkiewicza zwrotu
"pouczać" ma charakter deprecjatywny, przywodzi na myśl obraz kogoś, kto stara
się udzielać rad bez odpowiedniego podłoża intelektualnego, obrazuje oderwanie
świata krytyki od świata twórców. Omawiany system zaś nie działa w ten sposób.
Białowąs w trakcie dyskusji mówi do Walkiewicza "Gdyby nie my, nie mielibyście
pracy". Jakkolwiek mało odkrywcze i szydercze w danym kontekście jest to zdanie,
pokazuje pewną ogólną prawdę - teksty kultury i ich teksty krytyczne tkwią w
specyficznej symbiozie, pierwsze umożliwiają istnienie drugich, drugie
umożliwiają rozwój pierwszych. Oczywiście jest to zasadnicze uproszczenie, w
końcu twórca nie ma żadnego obowiązku przyjmować personalnie do siebie recenzje
jego dzieła. Jednak dają mu one dodatkowy atrybut oceny własnej pracy, poza
własnymi przemyśleniami, czy wynikami sprzedaży. Gdyby faktycznie te dwa światy
były tak oderwane i nie wpływały na twórców, to pani Białowąs w ogóle
sprawiałaby sobie trud zoorganizowania tej debaty? Naprawdę kierowała nią tylko
troska o jakość krytyki filmowej w Polsce, która jej zdaniem jest pozbawione
odpowiedniej wiedzy? Dla mnie, nie do uwierzenia. Poza tym gdzie tak naprawdę
leży granica między recenzowaniem, a "pouczaniem". Czy jeżeli napiszę, że w
"Moulin Rouge" częste, przesadnie dynamiczne cięcia nie pozwalają mi na
skupienie się i podziwianie fantastycznych dekoracji, a zamiast tego lepsze
byłyby dłuższe ujęcia obejmujące większą część planu, to wyrażam tylko swoją
opinie, czy pouczam Luhrmanna w jaki sposób powinien był nakręcić swój film? Ta
granica jest zbyt płynna, by wydawać tak radykalne sądy. Jest to strzał w stopę.
W ww. dyskusji pojawiło się między wierszami również inne, interesujące zagadnienie. Barbara Białowąs ewidentnie traktuje krytykę jako literaturę sekundarną względem omawianych przez nią tekstów kultury. Krytyka zaś jest autonomiczna i podlega swoim zasadom. Tak jak mówił Walkiewicz, są to teksty literackie. W wielu przypadkach idą dość mocno w stronę literackości - warto wspomnieć kilka specyficznych recenzji pojawiających się swego czasu dość regularnie na łamach czasopisma CD-Action np. recenzja "Wiedźmina" napisana w formie opowiadania o narracji pierwszoosobowej, osadzonego w uniwersum Sapkowskiego. Wszystkie podstawowe cechy recenzji zostały wplecione między wierszami w treść opowiadania. Tego rodzaju przykłady pokazują nie tylko ambicje recenzentów i ich chęć zabawy konwencją, lecz także to, że recenzja ma wartość artystyczną sama w sobie, w oderwaniu od omawianego dzieła. Recenzja nie jest pracą naukową, nie podlega tego rodzaju rygorom i wręcz nie powinna. Stąd stosowanie rozmaitych środkow stylistycznych, potocyzmów, czy nawet wulgaryzmów jest, z perspektywy gatunkowej, dopuszczalne. Inna sprawa, czy nam jako czytelnikom, dany sposób prezentacji opinii przez piszącego, przypadnie do gustu. Ale to już nasz wybór. Kolejną kwestią są pojawiające się w internecie zarzuty skierowane wobec
recenzji Michała walkiewicza i Tomasza Raczka dotyczące ich skrajnego
subiektywizmu i przesadnej emocjonalności. Otóż recenzja obiektywna to
oksymoron. Subiektywna opinia jest wpisana w same założenia recenzji jako takiej
- wydaje się to tak oczywiste, że aż wstyd o tym wspominać, jednak najwyraźniej
istnieje grono osób, które jeszcze o tym nie wiedzą. Jest zaś różnica między
recenzją subiektywną i recenzją tendencyjną. Ta druga jest po prostu
przekłamaniem i niszczy wiarygodność jej twórcy. Mam wrażenie, że część twórców,
z obawy przed negatywnymi ocenami, chciałaby, żeby teksty krytyczne były
opracowaniami stricte naukowymi, analizą i interpretacją dzieła. Styl
emocjonalny występujący w recenzjach jest przez nich odbierany jako niski (czemu
daje wyraz tak Czaja, jak i Białowąs), przez co wykazuje on braki w
wykształceniu i obyciu recenzenta. Mam szczerą nadzieje, że większość
czytelników zdaje sobie sprawę jak bzdurne jest to założenie. Sam staram się
pisać moje recenzje raczej luźno i w miarę dosadnie, dla lepszego efektu. W
końcu recenzje mają charakter informacyjny i rozrywkowy. Uwielbiam też oglądać
recenzje Douga Walkera i James Rolfe'a, którzy także nie stronią od języka
potocznego w swoich opiniach. Dla osób takich jak pani Białowąs pisanie w sposób
nie-naukowy nie świadczy o świadomym wyborze recenzenta, mającym na celu lepsze
wyrażenie emocji, czy pogłębienie więzów z odbiorcą. Jest to dowód braku
umiejętności. To przykre, że osoba mająca tak wysokie mniemanie o sobie nie
jest w stanie dostrzec tak prostych do zauważenia zabiegów literackich. Zmieniając temat - Samojłowicz składając swój pozew przeciwko Raczkowi zasugerował jedną, istotną kwestię - dał do zrozumienia, że pan Tomasz Raczek jest tak dużym autorytetem, że na jedno jego słowo tysiące (jeśli nie miliony) ludzi są gotowe nie pójść do kina na "Kac Wawę" tylko z jego powodu. Jedno skinienie palcem zawróciło tabun ludzi zmierzających do kas biletowych. Jakkolwiek lubię Raczka, jest to hiperbolizacja jego autorytetu. Pokazuje to jednak coś więcej - strach przed krytyką, przed relacją recenzenta z widzem i idącą za tym stratą ewentualnych pieniędzy. Samojłowicz nie zwrócił uwagi na to jak szalenie zły PRrobi sobie właśnie przez strach i idący za nim gniew. Producencka łość i chęć pomsty jest jednak skierowana w złą stronę. To nie krytyka zniszczyła ten film, to nie Tomasz Raczek spowodował słabą sprzedaż biletów w ciągu pierwszych dni po premierze (chociaż na pewno miał na to jakiś wpływ, podobnie jak każdy inny recenzent). Tego akurat dokonali sami widzowie. Wystarczy spojrzeć na średnią ocen "Kac Wawy" na Filmwebie. Na dzień dzisiejszy wynosi ona równo 1,7. Dla porównania, "Ciacho", również często określane mianem jednego z najgorszych, polskich filmów, ma średnią w okolicach 4,0. A to oznacza, że nowy film Samojłowicza nie trafia do żadnej grupy społecznej. Nikt nie ocenia go dobrze. Klasyki polskiej kinematografii typu "Tylko mnie kochaj", czy właśnie ww. "Ciacho" miały jakiś typ widza do którego trafiały, któremu niewyszukany humor pasował. "Kac Wawa" nie ma nic. Producent wie, że poniósł klęskę i chcę odnaleźć winnego tej sytuacji. Padło na Raczka z racji jego medialności i tyle. Co ciekawe Samojłowicz nie docenił korzyści jakie mogą płynąć z czarnego PR'u (w końcu "Plan numer 9 z kosmosu" jest tak chętnie oglądany właśnie z racji tego, jaki jest słaby). Można oczywiście zakładać, że pozew i wszystko co za nim idzie jest tylko akcją marketingową, mającą na celu rozpromowanie filmu. Może tak być, ale prawdę powiedziawszy, jak na razie, nic na to nie wskazuje. Możliwe, jednak, że się mylę, chociaż bardzo by mnie to zaskoczyło. Mamy więc do czynienia z bardzo specyficzną sytuacją. Z jednej strony krytyka
jest deprecjonowana przez osoby "robiące film dla widzów, nie dla krytyków",
przedstawiana jako niekompetentna i bezsensowna. Z drugiej strony przez twórców
przemawia zwykły strach i nieumiejętność wyciągania wniosków, radzenia sobie z
krytyką. Nie chcę oceniać ludzi, po prostu uważam, że umiejętność przyjęcia
konstruktywnej krytyki jest cechą naprawdę dojrzałych twórców, którzy potrafią
czasami przełknąć swoją dumę. Przeraża mnie jednak myśl, że Tomasz Raczek mógłby
przegrać proces i musiałby zapłacić Samojłowiczowi te pieniądze. Przeraża mnie w
jaki sposób mogłoby to wpłynąć na krytykę filmową. Jako czytelnik nie chcę mieć
okazji w przyszłości czytania recenzji wyważonych z obawy przed sądem. Mam
nadzieje, że nie będę musiał czegoś takiego doświadczać na własnej skórze. Patrząc na to co się dzieje w ciągu ostatnich dni w związku z krytyką filmową mam poczucie, że ogólna wiedza o niej jest niesamowicie mała. Każdy czyta co jakiś czas recenzje, lecz mało kto potrafi spojrzeć na nią szerzej. Pozew o krytykę filmu jest incydentem wręcz nieprawdopodobnym, podobnie jak kłótnia pani reżyser z recenzentem, że nie podobał mu się film, bo pewnie go nie zrozumiał, bo on jest dobry, bo ona o tym wie i się zna (bo studiowała filmoznawstwo i kulturoznawstwo). Pewne typowe mechanizmy recenzji są dla tych osób nieznane, lub celowo ignorowane. Mam nadzieje, że dyskusja w jakiś sposób ujednolici społeczną opinie nt. krytyki filmowej i, być może, podniesie w jakiś sposób jej rangę w przeciwieństwie do tego, czego oczekuje Samojłowicz. Tak czy siak, przynajmniej wg. internetowej społeczności, w tych starciach to nie krytycy zostali zdyskredytowani.
Autor recenzji:
Robert 'Solar' Szymczak
|
|
|||