Świąteczna gorączka / Jingle All The Way (1996)
Oto film, który w czasach mego dzieciństwa był sporym hitem, sam obejrzałem go chyba z dziesięć razy. Zawsze z wielkim uśmiechem na twarzy. Było śmiesznie, było przygodowo, do tego obok motyw z herosem (o jakże oryginalnym pseudonimie artystycznym Turboman), a jaki dzieciak emocjonujący się perypetiami Batmana i Spider-mana przejdzie obok czegoś takiego obojętnie? Po latach postanowiłem dokonać rewizji przeboju lat młodzieńczych. Tekst, który teraz czytacie jest jej efektem.
Główny bohater, pracoholik i nałogowy łgarz (każdy z nas jest jego Klientem Numer Jeden), imieniem Howard (grany przez Arnolda Schwarzeneggera, raz jeszcze usiłującego odejść od wizerunku stworzonego w Terminatorach i Conanach) ma ostatnią szansę, by zyskać w oczach synka, Jamie’go (Jake Lloyd, nim zagrał Anakina Skywalkera w „Mrocznym Widmie”), o którego ważnych dniach i uroczystościach po prostu zapominał. Musi kupić figurkę jego ulubionego bohatera telewizyjnego (wspomniany Turboman), bo „kto z chłopaków w klasie nie będzie jej miał, będzie ostatnim palantem”. Jest tylko jeden problem – figurki tej nie ma już w żadnym sklepie z zabawkami. Howard rozpoczyna wyścig z czasem, usiłując zdobyć Turbomana najróżniejszymi drogami (między innymi z pomocą gangu świętych Mikołajów, dowodzonego przez nierozpoznawalnego Jamesa Belushiego), a jest to o tyle trudne, że jak nie natyka się na wyjątkowo wrednego policjanta, to ściera się z innym zdesperowanym tatusiem, listonoszem Myronem (komik Sindbad), który także zrobi wszystko, by uszczęśliwić swojego synka. Tak to w skrócie wygląda.
Jak wspomniałem na początku jest i komedia, jest i kino familijne, jest i spora dawka przygody, którą dzieciaki lubią najbardziej, jest nieco sensacji (gang Mikołajów ma wszak w swoich szeregach ninję i mięśniaka, rodem z „Mad Maxa 3”), jest wątek miłosny nawet (bo Howard walczy nie tylko o synka, ale i o żonę, koło której kręci się „życzliwy sąsiad”), do tego wszystko okraszone piosenkami świątecznymi w rockowych wersjach. Innymi słowy mieszanina, jak w cieście z bakaliami w fazie przygotowawczej. O ile ciasto przełkną wszyscy, o tyle „Świąteczną gorączkę”… no właśnie, tu się zaczynają wątpliwości.
Scenariusz jest absurdalny – na tyle by kupiło go dziecko i na tyle, by starszy widz popadł w zdziwienie jacy rodzice dla kupienia plastikowej zabawki gotowi są nieomal posłać się na tamten świat, a już na pewno na oddział intensywnej terapii. Mało tego, w imię zdobycia tej zabawki potrafią nawet zagrozić śmiercią dziecku (nieumyślnie wprawdzie, ale zawsze) – po czym rzucają „Przepraszam za to na górze” (gdy nieomal zrzucili malucha z wysokiego budynku), na co dzieciak odpowiada „Spoko”. Nie bardzo wiem czy to ma jakiś wpływ na psychikę dziecka (na moją na przykład nie miało wcale), starszego widza wprawia co najmniej w zakłopotanie. Takich „bugów” – gdy twórcy nie wiedzą czy chcą zrobić film bardziej serio, czy bardziej dla jaj – jest więcej, na przykład scena z bombą, która eksploduje z siłą niewiele mniejszą niż ładunki wybuchowe w „Specjaliście”; specjalnej krzywdy to jednak saperowi nie robi, jedynie osmala jego ubranie i włosy w podobny sposób jak wybuchy w kreskówkach Warner Bros..
Można więc podejść do tego filmu jak do takiej właśnie kreskówki i jako taką ją oglądać. Niestety, jest jeszcze jeden problem. Nazywa się Arnold Schwarzenegger. „Świąteczna gorączka” była jego ostatnią komedią (chyba, że do komedii zaliczymy też „Batmana i Robina”) i trudno się dziwić. Arnold po prostu nie wypada przekonująco jako borykający się z problemami mąż i ojciec, scena gdy zbiera w supermarkecie lanie do tuzina babć uzbrojonych w torby i parasolki wypada niewiarygodnie, podobnie ucieczka przed reniferem, podczas gdy w Conanie nie takie bestie kładł trupem. Schwarzenegger wypada – ponownie zero zaskoczenia – w scenach, gdzie wchodzi znowu w swoje emploi – tłucze członków gangu, zastrasza dowcipkujących sprzedawców czy gdy w końcu daje w pysk wspomnianemu reniferowi.
Jeśli potrafimy odkryć w sobie dziecko, przymknąć oko na absurdy i niedoskonałości (także techniczne), zaprzestać analizowania – będziemy się świetnie bawić. Ja sam w kilku miejscach szczerze się zaśmiałem, w kilku równie prawdziwie wzruszyłem. I tego życzę też oglądającym ten film. Diament to nie jest, perełka może też nie, ale obejrzeć – da się.
Tytuł oryginalny: Jingle All The Way
Reżyseria: Brian Levant
Scenariusz: Randy Kornfield
Zdjęcia: Victor J. Kemper
Muzyka: David Newman
Produkcja: USA
Gatunek: Komedia, familijny
Data premiery: 22.11.1996
Czas trwania: 89 minut
Obsada: Arnold Schwarzenegger, Sindbad, Rita Wilson, Phil Hartman, Robert Conrad, James Belushi

