Klatki na zachętę
Trailer to nie tylko prosta reklamówka. To ani prosta, ani reklamówka. Mimo sztuczności swojego tworzywa. To swoiste (uwaga, wielkie hasło) interaktywne przeżycie, przedsmak tego, co ma nas czekać w kinie.
Żeby wpaść na to, iż trailer, zapowiedź, jak zwał tak zwał, nie jest jakimś spotem wystarczy zauważyć, że rządzą nim pewne kanony. To, że zapowiedź nie może być nudna, a ma nas zelektryzować rozumiemy samo przez się. Istnieje jednak zbiór reguł może trochę mniej oczywistych, ale jeżeli się nad tym zastanowić, to również wartych zauważenia.
Podniecanie widza
Cyfrowe łechtanie, tak charakterystyczne dla świata zinformatyzowanego przejawia się w trailerze (tak jak w pokrewnej mu reklamie) w sposób doskonały. Handel i kultura już dawno się wymieszały (Adorno, „Dialektyka oświecenia”), można więc sprzedawać filmy. Filmy-towary, co nas raczej nie dziwi, potrzebują, żeby ta dźwignia handlu je podniosła. A nic tak nie podnosi, jak podniecające widoczki…
Dzisiaj nawet reklama głupiej taryfy komórkowej nie potrafi się (niestety) obyć bez kilku seksbomb i ociekających potem ciał. A podobno od przybytku głowa nie boli. Nic dziwnego, głównym zadaniem reklamy jest skojarzenie towaru z czymś pozytywnym, a najlepiej przyjemnym.
Nawet jeżeli współczynnik erotyzmu w samym filmie wynosi tyle, co nic, to za pomocą montażu można go spokojnie wyzyskać. I tak, ściągnięcie bluzki pokazane w filmie mimochodem, z punku widzenia fabuły i ogólnego klimatu dzieła nieistotne, w trailerze może przy pomocy środków takich, jak chociażby spowolnienie przestać być tylko ściąganiem bluzki, a stać się ściąganiem bluzki och kotku… mimo, że w filmie bohaterka po prostu chciała się przebrać, nie zdejmując przy tym stanika.
Nie oszukujmy się, montaż jest nieomal wszechwładny.
Spinanie widza
Człowiek jest naturalnie przystosowany do podejmowania w sytuacji zagrożenia prostej decyzji: walczyć lub uciekać. A ponieważ mylimy rzeczywistość ekranową z rzeczywistą rzeczywistością, to czujemy się zagrożeni (świadomie lub nie) przez to, co widzimy na ekranie (patrz: Reeves i Nass „Media i ludzie”). Ukazywanie odpowiednio przygotowanej przemocy angażuje nas emocjonalnie, jesteśmy bardziej otwarci na odbiór materiału, a przecież o to w tym wszystkim chodzi.
Ekranowa przemoc angażuje nas nie tylko dlatego, że jest pokazywaniem przemocy, jest ponadto właśnie ekranowa. Jest doskonale pokazana. Jest efektowna. Jest smaczna. Przemoc odpycha nas wtedy, gdy wychodzi poza kanon kulki w klatę tudzież wielkiego bum na koniec.
Dzieje się tak dlatego, że przemoc jest, z ciężkich mi do wyjaśnienia powodów, atrakcyjna.
Ktoś, kto ogląda wybuchy na ekranie i gap obserwujący wypadek mają sporo wspólnego.
Obaj odczuwają coś, co ktoś mądrzejszy ode mnie nazwał przyjemnością patrzenia.
To przyjemność z obserwowania owego dziania się.
Być może dodatkowo, widz projektuje na ukazywane mu sceny przemocy elementy rzeczywistości, które odrzuca, którymi gardzi lub chce represjonować. Człowiek stwierdzający, że chciałby, żeby jego biuro „tak fajnie wyleciało w powietrze” niemal otwarcie przyznaje się do „winy”.
Nakręcanie widza
Nie jestem zwolennikiem przesadnego matematyzowania życia, ale chyba każdy humanista co jakiś czas sięga po jakieś narzędzie zapożyczone od królowej nauk. Jeżeli sporządzić subiektywny wykres biorący pod uwagę siłę oddziaływania na emocje w danym czasie, to łatwo zauważyć jedną rzecz: zawsze (no, pewnie istnieją wyjątki dla potwierdzenia reguły) jest to tendencja wzrostowa. Po drugie, przyrost wcale nie musi być liniowy, może być logarytmiczny, a więc wzrasta nie tylko wartość, ale i tempo jej wzrastania. Najpierw zatem, sprzedajemy odbiorcy łagodny klimat, czekamy aż uruchomi się mechanizm projekcji – identyfikacji i kiedy maszynka się już rozkręci, zaczynamy podnosić krzywą.
Cel tego zabiegu jest prosty: sprawić, by na końcu widz był już tak wciągnięty, że z tym większą uwagą będzie śledzić rozwój wypadków, nieuchronnie prowadzący go do logo oraz towarzyszącym mu zazwyczaj; sloganu, dżingla i (czasem tylko miesięcznej) daty premiery.
Kiedy ów zestaw końcowy ma tak przygotowany grunt, to znacznie lepiej zapada w pamięć. Nawet jeżeli za kwadrans zapomnimy datę premiery, to pozostanie to wrażenie, że film zapowiada się świetnie.
Uwznioślanie widza
Nie wiem jak to działa i nie chcę żeby jakiś nawiedzony biol-chem mi to wyjaśniał, ale nic tak jak chórki nie wywołuje u mnie dreszczy na karku. Może ma to jakiś związek z antycznym teatrem, który przecież bez chóru nie mógł się obejść? A że antyk i tragedia to od razu styl wysoki i konotacja gotowa? Ciężko jednoznacznie dociec. Fakt faktem, że kiedy na końcu zapowiedzi wchodzi chór, nie ważne czy śpiewa Dies Irae, czy Lorem Ipsum, czy po prostu coś tam mruczy, nawet nie w grece ani po łacinie, ważne, że jest ten wow-effect.
Kiedy (niekoniecznie na końcu) wchodzą chórki, mamy wrażenie uwznioślenie, uniesienia. Nie jesteśmy sami. Poza nami jest chór. Przeżycie grupowe? Może. Reszta widzów (o ile jesteśmy w kinie) raczej nie będzie się odzywać, więc chór wydaje się nie złym, a raczej jedynym dostawcą kolektywnego (my + chór) katharsis.
Chór stwarza (albo tak się twórcom danej zapowiedzi tylko wydaje) wrażenie wielkości, że film jest wielki. I niejednokrotnie tak jest, szkoda, że zazwyczaj pod względem tylko budżetowym.
Epidemia niestabilnych odłamków
Jak widać, zapowiedź jest to taki koń trojański, jakim chce się sprzedać naszej wyobraźni zapał do danego filmu, do danej „idei”. Do zakupienia biletów na konkretny film.
Trailer jest zapowiedzią jakby „bez własnego końca”, urwaną, osiągającą kulminację, a jednak pozbawioną czegoś. Tym czymś jest autonomia. Trailer to nie twór, to przede wszystkim przetwór. W zasadzie nie istnieje bez macierzystego materiału, choć bez trudu można sobie wyobrazić zapowiedź filmu, którego nie ma, nakręconą dla sportu. Nie chcę kłamać, ale chyba coś takiego gdzieś w świecie istnieje – konkurs na najlepszy trailer nieistniejącego filmu.
Zapowiedź jest układanką, rzecz jasna nie zdradzającą zakończenia tego, co zapowiada (a może czasem tak, ale to już, albo błąd w sztuce, albo ryzykowny manewr kompozycyjny).
Trailer to rzeczywistość w pierwiastku sześciennym. Bierze się to stąd, że film to jedno wielkie pars pro toto, ukazanie części rzeczywistości zamiast całości. A ponieważ zapowiedź jest czymś jeszcze bardziej esencjonalnym, to jest w niej tyle pars a tak mało toto, że staje się właśnie takim pierwiastkiem.
W rozbitym lustrze też da się przeglądać.
Za zainteresowanie tematem trailerów, oraz podsunięcie kilku (niemożliwych teraz już do wyizolowania) pomysłów – wielkie dzięki Rafałowi Stachurze.
