Hellraiser VI: Droga do piekła – Hellraiser 6: Hellseeker (2002)
Dwa lata po świetnej piątej odsłonie „Hellraisera”, Pinhead ponownie przekroczył piekielne wrota, tym razem pod okiem zupełnie innego reżysera, Ricka Bota. Dla tego pana praca nad „Drogą do piekła” była debiutem na fotelu reżyserskim. Wcześniej Bot pracował w branży jedynie jako operator kamery, a jego pracę można było podziwiać w wielu uznanych tytułach, np. „Człowiek Honoru”(1993), „Nieuchwytny”(1996) lub „Dom na Nawiedzonym Wzgórzu”(1999). Dopiero w latach 1998-1999 jego nazwisko jako drugiego reżysera pojawiło się w kilku odcinkach serialu „L.A. Doctors”. Pomimo iż dla tego artysty praca na planie szóstego „Hellraisera” była pierwszą samodzielną przeprawą, na ekranie wcale tego nie widać. Szczerze mówiąc reżyser ten spisał się perfekcyjnie – podobnie zresztą jak wcześniejszy debiutant, twórca „Inferno”, Scott Derrickson. Nic dodać, nic ująć, „Hellraiser: Droga do piekła” to horror niemal doskonały…
Kirsty Cotton po tragicznych przejściach z dzieciństwa (wydarzenia z jej młodych lat opowiedziane zostały w pierwszej i drugiej części tej serii) postanowiła na nowo ułożyć sobie życie. Poznawszy niezwykle przystojnego mężczyznę Trevora, od razu się w nim zakochała i po pewnym czasie wyszła za niego. Niestety z czasem okazało się, że jej partner nie był takim ideałem, za jaki uchodził na początku. Kiedy Kirsty dowiedziała się o jego romansach z wieloma kobietami, postanowiła się zemścić na swoim wybranku. Jej plan jednak nie doszedł do skutku, gdyż podczas wspólnej podróży z mężem doszło do wypadku. Samochód, którym jechali, wpadł do wody, a Trevor i Kirsty zostali w nim uwięzieni. Po desperackiej walce o przetrwanie, Trovorowi w końcu udaje się otworzyć drzwi i wydostać na powierzchnię, jednak na ratunek dla żony nie było już szans… Po odzyskaniu przytomności w szpitalu, Trevor doświadczył przerażającej wizji, ale jeszcze wtedy nie miał pojęcia, z czym ona się wiązała. Po wyjściu ze szpitala potworne obrazy w jego myślach zaczęły nawiedzać go znaczcie częściej, a towarzyszyły im straszne bóle głowy. Na domiar złego wypadkiem zainteresował się pewien detektyw, który po tym, jak we wraku nie znaleziono ciała Kirsty, zaczął podejrzewać, że z jej zniknięciem może mieć coś wspólnego mąż. Im bardziej Trevor starał się rozwikłać zaginięcie żony, tym dziwniejsze rzeczy działy się wokół niego. Zaczął on całkowicie tracić kontakt z rzeczywistością, a mroczne wspomnienie z wcześniejszego życia niczym koszmarne cienie przyklejały się do jego myśli. Niestety z każdym dniem sytuacja stawała się gorsza, a na dodatek zaczęły pojawiać się kolejne ofiary i dziwnym trafem wszystkie związane były z jego przeszłością. Wówczas przypomniał on sobie pewien układ z tajemniczym mężczyzną, jaki zawarł w celu pozbycia się Kirsty. Wszystkie wskazówki w poszukiwaniu prawdy w końcu doprowadziły go do tajemniczej kostki, która miała być dla niego rozwiązaniem każdego problemu i trudności…
Po znakomitej piątej części „Hellraisera” naprawdę nie liczyłem, że którakolwiek z następnych odsłon tej serii będzie się mogła z nią równać. A tu proszę, kolejna część i kolejne niesamowicie pozytywne zaskoczenie. „Droga do piekła” w reżyserii Ricka Bota to naprawdę kawał dobrej roboty. Jeszcze bardziej tajemnicza, jeszcze bardziej zakręcona i jeszcze bardziej zaskakująca niż „Inferno” Scotta Derricksona. Oczywiście już od samego początku wyraźnie widać, iż Bot nawiązuje swoją stylistyką do pracy Derricksona, ale ze względu na wykorzystanie kluczowej postaci, znanej z pierwszej i drugiej części serii przewyższa tego drugiego bardziej intrygującą fabułą. Podobnie jak w „Inferno”, cały wątek filmu posuwa się do przodu kryminalną ścieżką, którą kroczy Trevor próbujący rozwikłać tajemnicze zaginięcie swojej żony. Zadanie, jakie sobie obrał do rozwiązania jest dla niego samego zgoła niezrozumiałe – w końcu bardzo chciał się pozbyć własnej żony. Sam nie wiedzieć czemu – czy to przez wyrzuty sumienia, czy przez uświadomienie sobie faktu, że Kirsty faktycznie nie żyje, a może w myśl jednego z najstarszych przysłów na świecie, które mówi, że „Prawdziwą wartość człowieka poznajemy dopiero po jego stracie” – decyduje się on wkroczyć do mrocznej krainy, z której powrócić jest bardzo ciężko. Dodatkowo po wypadku całkowicie zatracił kontakt z rzeczywistością, a dla wielu przyjaciół i znajomych stał się zupełnie obcą osobą. Poprzez wizje, jakich doświadcza, nie jest w stanie rozróżnić rzeczywistości od snu, co na pewno nie ułatwia mu rozwiązania zagadki. Jednak Trevor nie chce, nie może zawrócić, nie może sobie tak po prostu o wszystkim zapomnieć – kiedy zawiera się pakt z diabłem, zawsze trzeba liczyć się z ceną, jaką przyjdzie nam za to zapłacić, a zawsze jest ona niesamowicie wysoka…
Przechodząc już do plusów szóstej odsłony przygód Pinheada, podobnie jak w przypadku części piątej, najsilniejszą stroną tego obrazu jest tajemniczość. Na pozór wszystko wydaje się dość proste, rozmowa przed wypadkiem pomiędzy Trevorem i Kirsty napawa optymizmem i wydaje się, że kryzys, jaki przechodzili w związku, jest już za nimi. Niestety wówczas dochodzi do wypadku i Kirsty ginie, jednak jej ciała nie udaje się odnaleźć. Brak zwłok rozpala w Trevorze iskierkę nadziei i skłania do próby rozwikłania zagadkowego zniknięcia żony. Jednak najpierw musi się on rozliczyć z mrocznej przeszłości, która, wierzcie mi, nie była zbyt kolorowa. W tym miejscu jednak zastawiony jest haczyk-pułapka, bo tak naprawdę nie mamy pojęcia, co w tym obrazie jest rzeczywistością. Taki splot wydarzeń nie wystawia nam na tacy zakończenia całej tej historii, przez co do końca towarzyszy nam napięcie i ciekawość. Automatycznie takie zabiegi twórców tworzą świetny klimat, który swoją formą bardzo przypominał te towarzyszące obrazom Kubricka, Lyncha, a przede wszystkim M. Nighta Shyamalana (głównie widać czerpanie inspiracji z obrazu „Szósty Zmysł” z1999 roku). Na pewno też dużym plusem w całym tym projekcje jest znakomita gra aktorska. Rola Deana Wintersa, który wcielił się w postać cierpiącego na zaburzenia pamięci Trevora jest pierwszorzędna. W sposób godny podziwu przedstawił zmagania z nieludzkimi sytuacjami, a wrodzona ospałość i enigmatyczny styl gry (bardzo podobnie zagrał w „Teorii Spisku” z 1997 roku, jednak w tym obrazie był postacią drugoplanową i mało kto dokładniej zwrócił na niego uwagę) z łatwością pozwolił się mu dopasować do schematu aktorów wcielających się w rolę osób cierpiących na schorzenia psychiczne. No i ten mroczno-majestatyczny Doug Bradley, wcielający się w Pinheada, cud, miód i orzeszki…
Na słowa uznania również zasługuje twórca muzyki Stephen Edwards. Podobnie jak było w przypadku części piątej, tak i tym razem udało się stworzyć odpowiednio mroczny soundtrack uzupełniający ekranowe wydarzenia. Nieźle też mają się same efekty specjalne, które choć nie są jakoś bardzo eksploatowane w tym obrazie, to mimo wszystko swoją estetyką utrzymują poziom pozostałych jego elementów.
Podsumowując „Hellraisera: Hellseeker” od razu kieruję głęboki ukłon w stroną jego twórców. Obok części pierwszej i piątej jest to najlepsza odsłona całej serii. W zasadzie jest to obraz całkowicie pozbawiony wad, choć niektórzy miłośnicy gatunku zarzucają mu to, iż jest zbyt mało straszny i zbyt krótko na ekranach można „podziwiać” popisy Cenobitów. Co do tego drugiego stwierdzenia poniekąd mogę się zgodzić, choć na przykład w porównaniu do „Inferno” jest już znacznie lepiej (przypomnę tylko, że w obrazie reżyserowanym przez Derricksona, Pinhead pojawia się tylko przez 3 minuty). Natomiast jeżeli chodzi o to, że jest on za mało straszny, to już z tym zgodzić się nie mogę. Oczywiście forma, jaką przeraża „Droga do piekła” jest zupełnie inna niż ta z „Wysłanników piekła” z 1987 roku, ale niemniej jednak ma ona swój unikalny wymiar. Strach w filmie Bota przybiera charakter moralizatorski i skłania widzów do refleksji. Psychologiczne podejście do tematu zdrady i życia w zakłamaniu nie pozwala od tak sobie przejść obok tego obrazu i choć przez chwilę nie zastanowić się nad jego przesłaniem. Tu nie leje się krew, nie mamy zbyt wielu okazji zetknięcia się z piekielnymi demonami, ale mimo to po cichu, gdzieś w głębi duszy budzi się w nas mroczny nastrój niepewności i niepokoju, który prowadzi nas do konstruktywnego zastanowienia się nad naszym życiem. Gdyby szósta część „Hellraisera” została nakręcona przed „Inferno” wówczas postawiłbym komplet punktów. Tak ujmuję jedno oczko za to, że jego forma nie była już tak bardzo zaskakująca. Mimo wszystko wielbicieli gatunku szczerze zachęcam do zapoznania się z tym obrazem. Tym razem Cenobici nie zawiodą nikogo!
Ocena: 9/10

Reżyseria: Rick Bota
Scenariusz: Carl V. Dupré, Timothy F. Day
Zdjęcia: John Drake
Muzyka: Stephen Edwards
Produkcja: USA
Gatunek: horror
Data premiery (świat): 15.10.2002
Czas trwania: 86 minut
Obsada: Trevor White, Michael Rogers, William S. Taylor, Kaaren de Zilva, Jody Thompson, Sarah-Jane Redmond, Rachel Hayward, Doug Bradley, Ashley Laurence, Dean Winters
